• facebook
  • rss
  • Odrzański Titanic

    Karina Grytz-Jurkowska

    |

    Gość Gliwicki 20/2015

    dodane 14.05.2015 00:00

    Rocznica tragedii. „Byli u progu życia, Wracali z kościoła, Wsiedli do łodzi… Drugi brzeg Okazał się Brzegiem wieczności” – taki napis upamiętnia 43 ofiary dramatu sprzed 125 lat.

    Dramat rozegrał się 15 maja 1890 roku, w święto Wniebowstąpienia Pańskiego pomiędzy Sławikowem a Turzem. W kilka chwil, po dramatycznej walce z żywiołem, w odmętach rzeki zginęły 43 osoby, w większości pierwszokomunijne dziewczynki. Uratować zdołało się zaledwie 10.

    Krzyk nad rzeką

    Ofiary pochodziły z Turza, Rudy, Budzisk lub Siedlisk, czyli tej części ówczesnej parafii pw. św. Jerzego w Sławikowie, która leżała na prawym brzegu Odry. Między Sławikowem a Lasokami, przysiółkiem położonym najbliżej rzeki, była przeprawa promowa, czyli tzw. płyt. Na cięższej jednostce przewożono furmanki, a pieszych, jeśli nie byli zbyt liczni, transportowano łodzią. Wracali z kościoła jak zwykle, z popołudniowego nabożeństwa, a dzieci także „z katelmusu”, czyli katechezy przed I Komunią świętą. Inna wersja głosi, że tego dnia odbyła się ich pierwsza spowiedź.

    – Starsi mieszkańcy mówią, że I Komunia miała tu miejsce zawsze w uroczystość Zesłania Ducha Świętego. To było zaledwie kilka dni przed nią, prawie wszystko było już przygotowane, do niektórych rodzin zjechali się już goście – tłumaczy ks. Joachim Augustyniok, obecny proboszcz sławikowskiej parafii. Według późniejszych zeznań, przewoźnika w tym dniu nie było na miejscu. Przy przeprawie obecny był jedynie jego parobek Franz Czogalla. Przewiózł łodzią najpierw chłopców, później wrócił po dziewczęta. Prócz nich wsiadł też brat jednej z nich i kilkoro dorosłych. Jak pisały później gazety, to właśnie ów pomocnik miał je skłonić wymyślaniem, żeby, choć było ich ponad 50, wsiadły do jednej łodzi. Formalnie mogła ona zabrać do 30 osób. Dzieci z trudem się pomieściły, a zanurzenie było tak duże, że burty tylko nieznacznie wystawały ponad powierzchnię wody. Gdy byli już prawie przy turskim brzegu, łódź uderzyła w znajdujący się pod wodą pal, wywróciła się i wszyscy wpadli do wody. Na nieszczęście Odra w tym miejscu była wąska i głęboka, a prąd niezwykle silny.

    Za późno na ratunek

    „Krzyk przeraźliwy rozległ się po wodzie, biedne dziewczęta walczyły jak mogły z prądem rzeki, wołały o pomoc, lecz pomocy nie było. Tak jedna po drugiej tonęły, jedna drugą wciągała w ucisku śmiertelnym w głąb wody” – relacjonowały w sobotnim wydaniu z 17 maja 1890 r. „Nowiny Raciborskie” (nr 40). W tym i kolejnych numerach odnotowują coraz dokładniej liczbę ofiar i przebieg wydarzeń. Opisują, jak jedna z uratowanych uchwyciła się liny przewozowej, a kolejna ocalała, bo niesiona przez nurt uczepiła się ciała nieżywej już koleżanki. Wspominają o dziewczynce, która zdołała się wdrapać na wierzch przewróconej łodzi, a widząc wynurzającą się główkę koleżanki, chwyciła ją za włosy i tak wyratowała… własną siostrę. Nie każdy miał jednak tyle szczęścia.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół