Odzew zawsze jest większy niż to, czego się spodziewam

Klaretyn br. Tadeusz Lihs już czwarty rok organizuje pomoc na Ukrainę. Przygotował 109 transportów humanitarnych.

Na podjeździe przed probostwem parafii prowadzonej przez misjonarzy klaretynów w Miedarach stoi bus oznakowany flagami polską i ukraińską oraz portretem św. Antoniego Klareta, założyciela tego zgromadzenia. To nieczęsty widok, bo zazwyczaj pojazd jest w drodze. Współbracia mówią, że jak br. Tadeusz Lihs CMF, który mieszka w tej wspólnocie od roku, przyjeżdża do domu na cztery dni, to naprawdę na długo. Z początkiem pełnoskalowej wojny w Ukrainie prowincjał wyznaczył go do koordynowania pomocy humanitarnej. Zorganizował już 109 transportów, przewożąc około 170 ton różnego rodzaju produktów.

W październiku był swoisty rekord, bo w 20 dni wyjechał aż osiem razy. - Prawie nie wysiadałem z busa, ale dzięki Bogu, że było co zawieźć - mówi klaretyn. Z tej pomocy w ciągu roku korzysta ponad 9 tysięcy osób, w tym około 3 tysięcy dzieci.

Od początku wojny misjonarze klaretyni w swoich klasztorach w Polsce udzielali schronienia uchodźcom. Z pierwszym transportem do Ukrainy br. Tadeusz wyjechał pod koniec marca 2022 roku, czyli miesiąc po wybuchu wojny. Od 2020 roku zgromadzenie ma swoją - jedyną w Ukrainie - parafię w Truskawcu, w diecezji lwowskiej, która obejmuje również oddalony o 10 km Borysław. Tam właśnie, przy kościele św. Barbary, powstało Parafialne Centrum Pomocy Humanitarnej z inicjatywy pracujących na miejscu sióstr służebniczek NMP. Przywożone z Polski dary przekazywane były też do szpitali - miejskiego w Borysławiu, wojskowego w Truskawcu, gdzie przebywali ranni żołnierze, oraz przyfrontowych w Donbasie.

Odzew zawsze jest większy niż to, czego się spodziewam   Br. Tadeusz Lihs CMF. Mira Fiutak /Foto Gość

 

Od czerwca 2020 roku br. Tadeusz jeździł też do małych wiosek w okolicach Donbasu, Chersonia, za Charków i Dniepr, blisko frontu, bo pomoc humanitarna docierała głównie do dużych miejscowości. Stale zawozi tam paczki w większości wypełnione produktami żywnościowymi. Ze względu na prowadzone przez Rosjan ostrzały i ataki dronami w ostatnim czasie ludzie nie gromadzą się w jednym miejscu, żeby nie stać się ich celem. Więc parkują bus pod drzewami i rodziny przychodzą kolejno o wyznaczonych porach. Albo wypakowują szybko wszystko przy jednym domu i stamtąd ludzie zabierają paczki. Cześć rzeczy na tereny przyfrontowe w Donbasie, Chersoniu czy Sumach wysyłają pocztą ukraińską, która dobrze działa.

Ostatnio w Sumach, mocno atakowanych dronami, uszkodzona została elektrociepłownia. W efekcie tego kilkanaście razy na dobę wyłączany jest prąd i nie ma ogrzewania. Dostarczyli tam trzy tony produktów spożywczych i wysłali pocztą dla wielodzietnych rodzin z tamtejszych wiosek trzydzieści kompletów pościeli, kołder, poduszek i koców.

- To są takie trudne sytuacje, z którymi oni tam muszą żyć, a nam w Polsce trudno to sobie wyobrazić. Kiedy przejeżdżamy przez te tereny przyfrontowe, to mijamy same zniszczone wioski. Różnią się tylko stopniem zbombardowania. Nie co któryś dom uszkodzony, ale wszystkie. A plandeka na dachu oznacza, że ludzie dalej tam mieszkają - opowiada brat Tadeusz.

Za Parafialne Centrum Pomocy Humanitarnej odpowiedzialna jest s. Teresa Nowosiadło, a pomaga jej około 20-osobowa grupa młodych wolontariuszy. Szczególnie zaangażowana jest Natalia, która popołudniami wydaje paczki z produktami żywnościowymi i środkami czystości. Przekazywane są ubrania, lekarstwa, sprzęt AGD, meble. Dostarczają pomoc uchodźcom, rodzinom wielodzietnym i żołnierzom, osobom starszym, samotnym i niepełnosprawnym.

Pomagają wewnętrznym uchodźcom wojennym, którzy uciekając przed działaniami wojennymi przenoszą się bardziej na zachód. A często wojna „idzie” za nimi. W Borysławiu mają pod opieką ponad 250 takich rodzin, wśród nich ponad 25 rodzin wielodzietnych, najwięcej z Donbasu. To ponad 600 osób, w tym około 200 dzieci.

Obecnie ten punkt jest jedynym w powiecie miejscem udzielania pomocy humanitarnej. A wewnętrznych uchodźców ciągle przybywa. Otrzymują mieszkania, ale często są to gołe ściany. Ostatnio br. Tadeusz przekazywał lodówkę panu Wasylowi, który na początku września uciekł  z żoną z okolic Kramatorska. Planuje zawieźć mu jeszcze krzesła pozyskane z remontowanego akademika w Krakowie, bo w mieszkaniu mają tylko jeden taboret. - Przyjechali z jedną czy dwiema walizkami, bo ile mogły unieść starsze osoby. Wszystko zostawili i już wiedzą, że nie mają do czego wracać. Ich dom jest zrównany z ziemią - opowiada br. Tadeusz.

Odzew zawsze jest większy niż to, czego się spodziewam   Z tej pomocy w ciągu roku korzysta ponad 9 tysięcy osób. Archiwum prywatne

 

Pomoc długotrwała jest możliwa dzięki wielu ofiarodawcom. Szczególnie współpracy z hiszpańską Fundacją Proclade i jej programowi „Adopcja na odległość”, którym objęła 170 dzieci i 60 osób dorosłych w Ukrainie. Działania s. Teresy i br. Tadeusza wspierają różne organizacje oraz parafie klaretyńskie, które co jakiś czas organizują zbiórki. Na początku grudnia potrzebne produkty do transportu przekaże Caritas Gliwicka. Włączają się też Caritas z innych miejsc - Ełku, Świdnicy, Sandomierza, Przemyśla, Płocka, Łodzi czy Leżajska. Mogą liczyć na Rycerzy Kolumba i Pomoc Kościołowi na Wschodzie. - Otrzymaliśmy też wsparcie od biskupa i Caritas Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego. Dużą pomoc mamy też ze strony o. bp. Jacka Kicińskiego CMF. Siostry służebniczki z Tarnowa zorganizowały bardzo dużo produktów spożywczych, chemicznych, ubrań, butów, pościeli… Mamy wsparcie zarządu generalnego misjonarzy klaretynów z Rzymu - wymienia br. Tadeusz.

Nieocenione jest wsparcie indywidualnych osób, jak pani Ewa z Krakowa. Br. Tadeusz właśnie organizuje pomoc dla dwóch matek - z szóstką i dziewiątką dzieci. Już przekazał ich rozmiary ubrań i butów. - Ona robi taką prywatną akcję w swojej rodzinie i wśród znajomych, żeby kupić te rzeczy, bo przecież zima idzie - wyjaśnia. Dzięki ofiarodawcom kupimy też dwa nowe piętrowe łóżka. - Ten najmłodszy chłopiec który otrzymał już łóżko z naszego klasztoru z Łodzi nie pozwala nawet usiąść na nim, bo po raz pierwszy, a ma około pięciu, sześciu lat, ma swoje łóżko - dodaje.

Jest też pan Miłosz z Wrocławia z grupą zaprzyjaźnionych osób, którym rozsyła informacje o aktualnych potrzebach. - Niedawny transport do Sum w 50 procentach zapełnili właśnie oni. Zajmując się organizowaniem tej pomocy dla Ukrainy, nie mam żadnych negatywnych doświadczeń. Kiedy zwracam się do osób, instytucji czy naszych parafii, odzew zawsze był ponad miarę tego, czego człowiek się spodziewał. Ludzie są bardzo wrażliwi. Jestem bardzo im wdzięczny, bo zawsze powtarzam, że ja czy s. Teresa jesteśmy tylko tymi, którzy tę pomoc przekazują. To już czwarty rok, a ciągle mam co wozić na Ukrainę - podkreśla.

Obecnie trwa zbiórka słodyczy na paczki mikołajowe. W samym tylko Borysławiu potrzebują ich ponad 350. A chcą też pocztą wysłać słodycze do Chersonia, Sum i Czarnomorska.

Pomagają ojcu z piątką dzieci z Borysławia, którego żona zmarła nagle kilka miesięcy temu. Ma pod opieką mamę poruszającą się na wózku, a wcześniej spalił się im dom. - Mieszkają blisko, czasem jego nastoletni synowie pomagają nam rozładować busa. Mamy bezpośredni kontakt i on wie, że w każdej chwili może przyjść po pomoc, nie tylko na wyznaczone dyżury. Bo jakby to było, żeby trzysta metrów od kościoła oni głodowali.  Tam naprawdę ogląda się ludzkie dramaty - podkreśla br. Tadeusz.

- Ostatnio był taki czarny tydzień w Borysławiu, bo od czwartku do poniedziałku przywieziono czterech zabitych żołnierzy. To trudny widok, jak kondukt jedzie przez miasto. Ludzie klęczą przy drodze, uczniowie wychodzą ze szkoły z flagami. To trzeba zobaczyć na własne oczy… To była wymiana zabitych żołnierzy. Ukraina oddała tysiąc Rosjan, a oni tysiąc Ukraińców. Do rodzin te ciała trafiły dwa tygodnie później, bo Rosjanie je zaminowali i trzeba było sprawdzać trumny, żeby nie było dodatkowych tragedii w czasie pogrzebu - opowiada.

Br. Tadeusz wyjeżdża też z pomocą na tereny przyfrontowe, zawsze z wolontariuszem ze wspólnoty baptystów z Borysławia. Czasami dołącza ktoś z Polski, ale ze względu na ryzyko nigdy nie zabiera ojca rodziny. Kiedyś za Charkowem trafili na bezpośredni ostrzał. - Do rosyjskich okopów było mniej niż dwa kilometry, a pociski spadały 100 metrów od busa. Zebrało się ponad 200 osób, które przyszły po paczki. To było niebezpieczne, ale nikt z nich nie uciekł, bo tak czekali na tę pomoc - opowiada.

Jak sobie radzi z lękiem? - Nie ma strachu, lęku. Jest dużo adrenaliny, a przy niej nie ma zmęczenia. Ryzykanci żyją krócej, ale ciekawiej. Przy takim wyjeździe w kilka dni tam i z powrotem robię między 4 a 5 tysięcy kilometrów. Jestem Panu Bogu wdzięczny za to, że mogę to robić, posługiwać. Nie patrzę przez pryzmat lęku i to chyba Pan Bóg z góry daje, że człowiek jest od tego wolny. Nawet jak się jedzie na te tereny wojenne, kiedy docieramy do rodzin, tam na wschodzie Ukrainy i oni dziękują, są wdzięczni, a potem mówią: „Nie zapomnijcie o nas”. A jak wracamy, to człowiek się z nimi wita, jakby się znał od dziecka. I jest taka radość, że żyją, że są cali - opowiada.

Podkreśla z naciskiem wielkie poświęcenie i odwagę sióstr zakonnych. - Na przykład takie siostry elżbietanki z Czarnomorska koło Odessy, gdzie proboszcz zaraz po wybuchu wojny uciekł, a one, Polka i Ukrainka, zostały. I są po dzień dzisiejszy, ani jednego dnia nie zostawiły wiernych. Mam świadomość, że ja tam przyjeżdżam na chwilę, będę 24 godziny, a one są tam już czwarty rok. Ja tam się głupio czuję mając założoną kamizelkę kuloodporną, bo przecież ta babcia w chustce czy kobieta z małymi dzieckiem, które przyszły po paczkę nie mają żadnych zabezpieczeń - dodaje.

Niedawno w sąsiedztwie sióstr zbombardowany został budynek, było bardzo dużo rannych. Elżbietanki od razu zaczęły wydzwaniać w różne miejsca, żeby zorganizować dla tych ludzi pomoc. - To przecież byłbym tchórzem, który nie mógłby spojrzeć na siebie w lustrze, gdybym im tych produktów nie dowiózł - mówi br. Tadeusz. Siostry gotują zupę dla potrzebujących. Na początku przychodziło około trzydziestu osób, teraz jest ich już sto.

- To jest takie życie podzielone na te wyjazdy, a w międzyczasie organizowanie pomocy tu na miejscu. Z siostrą Teresą nazywamy to żebraniem. Dzięki tym „żebraniom” rodziny ciągle otrzymują paczki 12-, 15-kilogramowe, i nie musimy schodzić do kilku kilogramów - zaznacza br. Tadeusz. Czasem na granicy odprawiający busa ukraińscy celnicy dziękują mu za to, że nieustannie jeździ z tą pomocą, chociaż wielu już przestało.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..