O nowych wyzwaniach chrześcijan, odnajdywaniu się w zlaicyzowanym świecie i współpracy między luteranami i katolikami mówi ks. Andrzej Wójcik, proboszcz parafii ewangelicko-augsburskiej w Gliwicach.
Klaudia Cwołek: Na stronie internetowej Waszej parafii wyróżniony został cytat z Pierwszego Listu do Tesaloniczan: „Wszystko badajcie, zachowujcie to, co dobre” (1 Tes 5,21). To bardzo ekumeniczne przesłanie.
Ks. Andrzej Wójcik: To jest hasło przewodnie, które zostało wybrane przez nasz synod na rok 2025, który przeżywamy jako Rok Wyznania Wiary. Cytat został zaczerpnięty z przekładu Biblii Ekumenicznej. Podczas nabożeństwa na przełomie roku tłumaczyłem, że przed nami, chrześcijanami, stoi duże zadanie, a te słowa apostoła Pawła teraz nabierają szczególnego znaczenia, bo czas jest bardzo trudny. Zachęta, żeby wszystko badać i zachowywać to, co dobre, nie jest jakimś sloganem, ale ważną inspiracją i wskazówką, ponieważ gubimy się w dzisiejszym świecie. Pracuję z dziećmi, młodzieżą, dorosłymi i sam jestem też mężem i ojcem. Rozmawiając w domu z żoną i córką, widzimy, że pojawiają się wokół problemy, z którymi nie mieliśmy wcześniej do czynienia.
Czego dotyczą?
Różnych zagadnień moralnych, orientacji seksualnej, cyberprzemocy, hejtu, samobójstw z nim związanych, zagrożeń internetowych, m.in. ze strony social mediów, czy ingerencji w nasze życie sztucznej inteligencji (AI). Rodzą one duże dylematy etyczne, bo często mamy do czynienia z narzędziami, które jak nóż można wykorzystać do dobrego lub złego. Ewangelia mówi nam o miłości, ale trzeba badać, co jest naprawdę dobre, żeby „miłością” wszystkiemu przyklaskującą kogoś nie skrzywdzić.
Hejt dotyka ludzi także za to, że wierzą w Boga, a klimat społeczny dla Kościoła w Polsce bardzo się pogorszył. Jak to przeżywacie w Waszej wspólnocie?
Osobiście odczuwam ogólnokrajowe przyzwolenie na to, iż można teraz troszkę bardziej smagać chrześcijan. Wiemy, że sytuacja polityczna wcześniej była inna, wahadło przechylone było w drugą stronę, według mnie za bardzo, i teraz my, jako społeczność ewangelicka, również obrywamy rykoszetem…
Co w tej sytuacji możemy zrobić?
Przede wszystkim dawać dobre świadectwo, zachowywać dalej to, co dobre, i na to wskazywać. Nie uciekać, nie zamykać się, wychodzić z Ewangelią do ludzi, bo świat potrzebuje Chrystusowych wartości. Byliśmy przyzwyczajeni, że zawsze jest dużo ludzi. Teraz widzimy, zwłaszcza po pandemii, jak coraz mniej ich lgnie do Kościoła i jak rozszerza się laicyzacja. Ale słowo Boże mówi o sytuacji, że zostanie resztka. Może właśnie przychodzi egzamin z tego, kim naprawdę jesteśmy, czy wytrwamy, czy zostaniemy przy swoich zasadach, czy po prostu popłyniemy z prądem. Zwłaszcza gdy będzie się to wiązało z ograniczeniem bądź utratą przywilejów. Przypominam sobie jedną z wizyt w Niemczech, gdzie byłem w kościele z marmurami, pięknymi klameczkami, multimediami, ale nie było tam ludzi. Myślałem sobie wtedy, że to ten „zgniły Zachód”, a tymczasem w Polsce powolutku zaczyna się dziać podobnie.
Może Wam łatwiej będzie przyjąć tę zmianę, bo jako Kościół ewangelicki w Polsce jesteście mniejszością, a my, katolicy, mamy za sobą dekady triumfu i pięknych statystyk, z których pozostaje jedynie wspomnienie.
Po głośnych aferach seksualnych w Kościele katolickim ktoś kiedyś do mnie zadzwonił i powiedział, że teraz to do nas ludzie będą dobijać się drzwiami i oknami. Odpowiedziałem, że to tak nie działa. Jeżeli ktoś odchodzi z Kościoła, trzeba zadać pytanie, od kogo odchodzi. Czy swoją wiarę lokował w księdzu, czy w Bogu. Oczywiście, rozumiem różne tragiczne nieraz okoliczności i nie zamierzam nikogo oceniać personalnie, ale równocześnie wiem, że często odejścia z odwołaniem się do skandali, są wymówką, usprawiedliwieniem swojej laicyzacji. I nie widzę, żeby jakieś tabuny ludzi z Kościoła katolickiego przechodziły do nas, choć owszem takie przypadki się zdarzają. Każdy jednak staram się dokładnie zbadać pod kątem motywacji. Tłumaczę, iż dopóki ktoś nie wyleczy się z nienawiści do Kościoła katolickiego, to nie ma sensu, żeby wstępował do nas. Bo to nie jest tak, że jeden Kościół jest zły, a w drugim jest samo dobro, bo nie jest. Przede wszystkim Chrystus, On powinien być pierwszy.
Myślę, że głównym problemem jest świat, który wciąga nas coraz bardziej. Kiedyś nie było internetu, Netflixa, wielu rozrywek, jeżdżenia po świecie. Kościół wtedy pełnił rolę takiego centrum myśli i kultury. To radykalnie się zmieniło, jest po prostu inaczej. Nie wystarczy być Kościołem, trzeba wyjść z jakąś propozycją do ludzi.
Czy też stajecie wobec problemu braku nowych kandydatów do stanu duchownego?
Tak, już się z tym zaczynamy mierzyć. Na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej nie ma tłumów, a szeregi duchownych się kurczą. W naszej gliwickiej parafii zawsze był wikary albo praktykant, a od 2023 roku jestem jedynym księdzem, dojeżdżając jeszcze do Łabęd i Pyskowic. Coraz częściej rozmawiamy o łączeniu parafii i wyzwaniach ekonomicznych w związku z ich utrzymaniem. Pod tym względem jest coraz trudniej. Jeden z moich znajomych opowiadał mi o księdzu katolickim we Francji, który odpowiadał za 19 parafii. Gdy do nich przyjeżdżał, czekała na niego czasem tylko garstka wiernych, a zdarzało się, że nikogo nie było. Nie chcę wieszczyć, iż taka rzeczywistość jest przed nami, dlatego staram się na obecne zmiany patrzeć jak na szansę. Generalnie każdy kryzys jest przełomem i może być początkiem głębokich przemian. Jest to sprawdzian dla nas wszystkich, bez względu na wyznanie.
Może nie żyjemy wystarczająco Ewangelią i nie dajemy na tyle czytelnego świadectwa, żeby ludzie chcieli przychodzić do Kościoła?
Myślę że to jest czas, w którym Kościół musi bardziej wychodzić na zewnątrz. W tym duchu ostatnio, w święto Epifanii – Objawienia Pańskiego, zorganizowaliśmy ekumeniczny koncert muzyki gospel, połączony ze zbiórką dla Ani, gliwiczanki poruszającej się na wózku. W czasie tego koncertu zwiastowałem Ewangelię o Mędrcach i objawieniu się Boga wszystkim, całemu światu, bez względu na wyznanie, płeć, poglądy. To była okazja zaproszenia różnych osób, nie tylko parafian, które przy okazji czynienia dobra mogły posłuchać Ewangelii. Takie momenty teraz trzeba dobrze wykorzystywać.
Jak wygląda sytuacja Waszej katechezy?
Pochodzę ze Śląska Cieszyńskiego i gdy przed laty katecheza weszła do szkół chodziłem do podstawówki w Dzięgielowie, gdzie w mojej klasie większość uczniów to byli ewangelicy. Ale później spotkałem się z sytuacją, że w całym mieście był tylko jeden uczeń ewangelicki, który miał lekcje w punkcie katechetycznym. W Gliwicach też taki punkt istnieje od wielu lat i podlega miastu, podobnie jak nauczanie religii w szkołach. Do naszego punktu uczęszcza średnio 45 uczniów z ponad 20 szkół, którzy podzieleni są na klasy. Uczymy ich po południu w parafii we dwójkę, oprócz mnie jest jeszcze katechetka. Wiemy, jakie są ostatnie posunięcia państwa, na pewno dzieci nie zostawimy i będziemy robili wszystko, by dalej trzymać poziom.
Przy okazji warto wspomnieć o tym, jak katolicką katechezę da się prowadzić w ewangelickiej szkole. Można się dogadać, jeśli jest dobra wola.
To jest właśnie ekumenizm w codziennym, życiowym wymiarze. W Gliwicach mamy szkołę podstawową i liceum, które prowadzone są przez Ewangelickie Towarzystwo Edukacyjne. Ponieważ uczęszczają do nich także uczniowie wyznania katolickiego, lekcje religii od wielu lat prowadzą dla nich franciszkanie. Paradoks polega na tym, że dzieci wyznania ewangelickiego, których jest mniej, przychodzą na lekcje do punktu katechetycznego. Natomiast w szkole, zwłaszcza podstawowej, dzień zaczyna się lekcją biblijną i modlitwą, w której uczestniczą wszyscy, niezależnie od wyznania. Nauczyciele też należą do różnych Kościołów. Wychowawczyni mojej córki jest wyznania katolickiego i nie mam z tym żadnego problemu. Nasze wartości się spotykają i to jest piękne, że możemy w tak praktyczny sposób tego doświadczać. Dokumenty kościelne dokumentami, ale ekumenizm najczęściej sprawdza się na dole. Bo to w praktyce wychodzi, jacy jesteśmy. Uważam, że w nadchodzącym trudnym czasie, różnice między nami coraz bardziej będą się zacierać. A my coraz bardziej będziemy cieszyć się z tego, że na swojej drodze w ogóle spotykamy chrześcijanina. Przede wszystkim ważne jest to, że ktoś ma Chrystusa w sercu. To jest chyba najistotniejsze we współistnieniu Kościołów, ale również w rzeczywistości państwa, Europy i świata.
Kiedy spotykam się z grupami katolików, które proszą o prelekcje o luteranizmie, kończę zwykle stwierdzeniem, że łączy nas Chrystus, a założeniem reformacji nie był rozłam Kościoła, bo Luter tego nie chciał. Pokazuję im ekumeniczny przekład Biblii z 2017 roku, gdzie na pierwszej stronie są podpisy zwierzchników różnych Kościołów, w tym arcybiskupa katolickiego Stanisława Gądeckiego. To jest właśnie ekumeniczny sukces po 500 latach od reformacji.
Ks. Andrzej Wójcik
urodził się w 1979 roku w Cieszynie. Ukończył Chrześcijańską Akademię Teologiczną w Warszawie i w 2005 roku został w Olsztynie ordynowany na księdza luterańskiego. Pracował na Warmii i Mazurach, w Wieluniu i Kluczborku, będąc diecezjalnym duszpasterzem młodzieży. Od 1 września 2007 roku pracuje w gliwickiej parafii ewangelicko-augsburskiej (liczącej ponad 500 osób), najpierw jako wikariusz, a później administrator i proboszcz (od 2011 roku). W latach 2013–2019 był prezesem Ewangelickiego Towarzystwa Edukacyjnego w Gliwicach. Obecnie zaangażowany jest m.in. w służbę Chrześcijańskiej Telewizji Internetowej. Od 2009 roku żonaty z Joanną, magistrem farmacji. Mają 11-letnię córkę Nel. Służąc razem, chcą wskazywać na to, co niewidzialne.