Nowy numer 48/2022 Archiwum

Wreszcie cieszyliśmy się wspólnotą

– Ta droga daje pewność, że nawet jeśli jest trudniej, to zawsze ktoś pomoże i za chwilę będzie lepiej – mówi Monika Weber z Lublińca.

Każdy niósł na Jasną Górę własne intencje i wspólną, zawartą w haśle „Posłani w pokoju Chrystusa”. Modlili się o pokój w Ukrainie i na świecie, ale też we własnych sercach i w rodzinach. Wśród pielgrzymujących były w tym roku również osoby z Ukrainy. W pielgrzymce poszło około 900 osób. – Przypomnieliśmy sobie na nowo, jak to było kiedyś. To była już taka normalna pielgrzymka.

Po tych ostatnich latach ograniczeń, pielgrzymowania sztafetowego czy w grupach wreszcie mogliśmy cieszyć się wspólnotą. Tak jak wcześniej, pielgrzymi spotykali się na drodze, pozdrawiali, byli razem na postojach – mówi ks. Adam Jasiurkowski, odpowiedzialny za Gliwicką Pieszą Pielgrzymkę na Jasną Górę. – Cieszę się, że podjęli ten trud, bo po pandemii nie wiadomo było, jak to będzie. Dziękuję też za życzliwość księży proboszczów i wiernych z parafii, w których zatrzymywaliśmy się. Ta przerwa niczego tu nie zmieniła – dodaje. Spod katedry w Gliwicach wyszli w czwartek, na jasnogórskim wzgórzu stanęli wczesnym popołudniem w sobotę 20 sierpnia. Gliwicka pielgrzymka jest krótka, bo tylko trzydniowa (dla grupy z Kuźni Raciborskiej – czterodniowa, a dla lublinieckiej – dwudniowa), ale wymagająca. Dzienne odcinki liczą po 30 kilometrów.

Nowożeńcy na pielgrzymce

Pierwszy dzień był bardzo trudny, dawały się we znaki żar z nieba i palące słońce. – Ale generalnie pogoda była jakby dostosowana do naszego planu. Kiedy w Boronowie po nabożeństwie tamtejszy zespół przygotował dla nas niespodziankę, czyli koncert, wisiała nad nami burza, ale tylko lekko kropiło. Księża cały czas spowiadali wokół kościoła. Dopiero po koncercie porządnie lunęło. Podobnie było na Jasnej Górze, ciemne chmury na niebie, ale na wejście i Mszę św. na wałach pogoda była idealna – wspomina przewodnik pielgrzymki. Szli starsi i młodsi, ci z kilkudziesięcioletnim stażem i ci, którzy w tym roku byli na pielgrzymce po raz pierwszy. Niektórzy wrócili po wielu latach przerwy. W grupie czerwonej były osoby poruszające się na wózkach, w brązowej – z gliwickiego Domu Nadziei, ośrodka prowadzącego terapię młodzieży uzależnionej od narkotyków. Byli też pielgrzymi z Niemiec, Anglii i Włoch. Szło 25 księży i 10 sióstr zakonnych. Największa grupa, z Toszka, liczyła 140 osób. Najmłodszą uczestniczką tegorocznej pielgrzymki była 10-miesięczna Emilka, a najstarszą 74-letnia pani Walentyna. Wśród pielgrzymów były też dwie pary nowożeńców, pielgrzymujące z grupą fioletową i zieloną, które tydzień wcześniej miały ślub. Jak to jest w tradycji pielgrzymkowej, na Jasną Górę weszli w swoich ślubnych strojach.

Rodzinny czas w drodze

Monika i Krzysztof Weberowie z Lublińca pielgrzymowali razem z czworgiem dzieci. Krystian ma 8 lat, Franek – 6, Weronika prawie 5, a Karolinka 2 lata i 10 miesięcy i była najmłodszą uczestniczką pielgrzymki w grupie szarej. Na trasie zazwyczaj biegła, jechała w wózku albo była niesiona przez tatę. Ich grupa wyrusza z sanktuarium Matki Bożej Lubeckiej i w drodze jest tylko dwa dni, ale dla małych dzieci 30-kilometrowy odcinek to wyzwanie. Zdecydowali, że na noc wrócą z nimi do domu. – Mamy własne intencje, rodzina powierzyła nam swoje i to motywuje do tego, żeby iść i na koniec przedstawić je wszystkie na Mszy św. tutaj na Jasnej Górze – mówi Monika, która uczestniczy w pielgrzymce po raz trzeci. – Modliliśmy się o zdrowie, dobre relacje w rodzinie i zawierzaliśmy Panu Bogu moją pracę w najbliższym roku, bo potrzebuję w tym Jego pomocy. Świadomość celu ułatwia pielgrzymowanie. Ta droga daje pewność, że nawet jeśli jest trudniej, to zawsze ktoś pomoże. I wiadomo też, że za chwilę będzie lepiej – podkreśla. – Chodziło nam też o to, żeby wspólnie przeżyć tę drogę. To był dla nas taki czas rodzinny – dodaje mąż, który jest po raz pierwszy na pielgrzymce. – Chcieliśmy sprawdzić się w tym pielgrzymowaniu jako rodzina, bo to jednak jest wysiłek. Zastanawialiśmy się, jak dzieci sobie poradzą, ale dużo jeździmy na rowerach i dawały sobie radę. Po wczorajszym dniu, na koniec w Boronowie jeszcze miały siłę biegać – mówi. Żona porównuje pielgrzymowanie sprzed lat, kiedy była po VIII klasie podstawówki, z obecnym. – Wtedy szliśmy z Gliwic, wszystko nieśliśmy ze sobą, a mimo to teraz było trudniej. Kiedy jest się odpowiedzialnym za kogoś, to kosztuje więcej wysiłku. Ale też to bardziej motywuje – i jaka jest radość, kiedy dotrzemy do celu! Wtedy cieszyłam się sama, a teraz cieszymy się w szóstkę – podsumowuje.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy