Nowy numer 31/2022 Archiwum

Miejsce VIP-owskie

O przynależności do grupy, wychowywaniu do odpowiedzialności i korzyściach z bycia ministrantem mówi ks. Adrian Kaszowski, diecezjalny duszpasterz Liturgicznej Służby Ołtarza.

Klaudia Cwołek: W czasach, kiedy Ksiądz był ministrantem, chętnych do tej roli było znacznie więcej. Co Was przyciągało?

Ks. Adrian Kaszowski: Przede wszystkim grupa. W mojej parafii św. Michała Archanioła w Gliwicach, która nie jest duża, było nas sześćdziesięciu chłopaków, mimo że nikt nam nie proponował jakichś szczególnych akcji czy atrakcji, co dziś jest normą. W każdej kategorii wiekowej było nas sporo i dobrze żeśmy się rozpoznawali, bo chodziliśmy do tych samych szkół, nie było takiego rozdrobnienia jak teraz. Ministrantura zaspokajała naszą potrzebę przynależności do grupy, którą dziś realizuje się w wielu innych miejscach. Moje najtrwalsze, bardzo dobre znajomości i przyjaźnie pochodzą właśnie z tamtego okresu, z tej grupy. Żadne inne, szkolne czy seminaryjne, nie są tak silne.

Nawet seminaryjne?

W seminarium poznajemy się w warunkach trochę nienaturalnych, gdzie nie można relacji sprawdzić tak jak np. podczas wspólnych działań ministranckich, gdzie coś szczególnego nas łączyło.

Co to było?

Poczucie, że robimy coś wielkiego. To mi zostało do dziś, dlatego gdy namawiam chłopców, żeby zostali ministrantami, zachęcam ich pytaniem: „Czy chcesz zająć w kościele miejsce VIP-owskie? Będziesz przy ołtarzu, czyli w miejscu wyróżnionym, będziesz inaczej ubrany, możesz przeczytać słowo Boże, o czym niejedna osoba marzy”. Ministranci to jest elita w parafii.

Czy przez takie podejście nie zadzieraliście trochę nosa?

Myślę, że nie, że to była zdrowa ambicja. Ale też były to czasy, gdy nikt nam nie mówił, jacy to jesteśmy ważni, jak super, że w ogóle przyszliśmy. Nikt nas też na siłę nie przyciągał żadnymi atrakcjami, sami chcieliśmy do tej grupy należeć. Dla nas ważne było to, że jesteśmy.

Jednak ktoś musiał Księdza do grupy zaprosić?

To było naturalne, że po Pierwszej Komunii Świętej wstępowało się do ministrantów. 30 lat temu nie trzeba było tego reklamować ani tłumaczyć, na czym ta służba polega. Jak grupa jest liczna, to siłą rzeczy przyciąga, i tak to wtedy działało. Oczywiście czynników zawsze jest więcej. Chłopcom wyjaśniam, że o tym, czy są ministrantami, decydują trzy rzeczy. Pierwsza to zaproszenie od Pana Boga, druga, że ty się zgadzasz, a trzecia, że ksiądz opiekun wyraził zgodę na przyjęcie.

Jak dziś wygląda wstępowanie do ministrantów, jak zgłaszają się chętni?

Raczej się nie zgłaszają, przynajmniej takie jest moje doświadczenie z parafii, w których pracowałem. Zauważyłem też, że różnego rodzaju reklamy, nawet filmowe, bo i tego próbowaliśmy, nie przynoszą efektów. Najskuteczniejszą, a często jedyną metodą jest indywidualne zaproszenie, podejście np. po Mszy i porozmawianie, najlepiej w obecności rodziców. Kiedy mam przekonanie, że chłopak byłby dobrym ministrantem, a napotykam na opór, wtedy uciekam się do ostatniego, niezbyt wzniosłego argumentu. Mówię: „Przyjdź, bo co za różnica, czy na Mszy w kościele będziesz przy ołtarzu czy w ławce”. Dzisiaj ceną jest czas, dlatego w ten sposób chcę pokazać, że to nie będzie pod tym względem aż tak absorbujące.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama