Nowy numer 26/2022 Archiwum

Mury pełne życia

Jeszcze niecały rok temu NINIWA jechała na Ukrainę, a rowerzyści byli tam serdecznie przyjmowani. Teraz to Ukraińcy przyjeżdżają do NINIWY i znajdują schronienie w Kokotku.

W Kokotku znowu tłoczno i gwarno. Ale tym razem nie przez uczestników wielkopostnych rekolekcji, chociaż tacy też się tu pojawią. Mury Oblackiego Centrum Młodzieży NINIWA przyjęły 130 uchodźców z Ukrainy, wśród nich około 60 dzieci. Niektórzy uciekli spod gradu kul i rakiet, inni po prostu ze strachu przed wojną ogarniającą ich kraj.

– Już pod koniec lutego zaczęły się urywać wszystkie nasze telefony. Ludzie w dzień i w nocy dzwonili i pytali, czy przyjmiemy uchodźców. W tej sytuacji naturalnie byliśmy nastawieni na to, że nie zamkniemy się na dramat Ukraińców i nikogo nie odrzucimy, natomiast nie spodziewaliśmy się, jaka będzie tego skala. W szczytowym momencie podjeżdżał tutaj bus za busem, a do recepcji ustawiała się kolejka rodzin z bagażami – mówi o. Tomasz Maniura OMI, dyrektor ośrodka i – od niedawna – konsultor rady ds. Duszpasterstwa Młodzieży przy Konferencji Episkopatu Polski. Ojciec Maniura wita gości w ich języku i od razu nawiązuje z nimi kontakt, opowiadając, jak wraz z NINIWA Team podróżowali po Ukrainie podczas wypraw rowerowych, choćby w ubiegłoroczne wakacje. Kilka osób przybyłych do Kokotka widziało nawet rowerzystów, gdy przejeżdżali przez ich miejscowość, a jedna kobieta pamięta, że była z nimi w kościele na Mszy Świętej.

W piwnicy z noworodkiem

Uchodźcy, którzy trafili do Kokotka, pochodzą praktycznie ze wszystkich stron Ukrainy – Charkowa, Czarnobyla, Kijowa, Lwowa, Odessy, Tarnopola, Wołynia, Żytomierza… Pierwsi przyjechali na początku marca. Była to rodzina z Iwano-Frankiwska – starszy mężczyzna z dwoma córkami i piątką ich dzieci, z których najmłodsze w dniu zakwaterowania miało… niespełna miesiąc. Lotnisko, oddalone o kilka kilometrów od ich domu, było jednym z pierwszych celów militarnej agresji. Kiedy niebo zaczęły przecinać rakiety, nie wiedzieli jeszcze, co się dzieje. Pierwszą dobę przesiedzieli w zimnej piwnicy, odcięci od prądu i – co z tym związane – informacji. Dotarcie do Polski zajęło im 2,5 dnia, a po drodze czekali jeszcze wiele godzin na mrozie w kolejce do przejścia granicznego. Zaraz po nich pojawili się kolejni. – Początkowo planowaliśmy udostępnić jedno piętro dla 30 osób, a już po kilku dniach zakwaterowaliśmy 130 uchodźców. Więcej nie jesteśmy w stanie przyjąć, bo musimy brać pod uwagę utrzymanie tylu ludzi i możliwości naszych pracowników. Na szczęście Starostwo Powiatowe w Lublińcu samo zwróciło się do nas z propozycją utworzenia ośrodka dla uchodźców i wzięcia na siebie części odpowiedzialności finansowej za ich pobyt tutaj. To ważne, bo trudno znaleźć w okolicy miejsce z takim zapleczem, żeby nie tylko mieć gdzie położyć tych ludzi do snu, ale też organizować im czas – tłumaczy o. Maniura. Personel ośrodka dwoi się i troi, żeby zapewnić uchodźcom jak najlepsze warunki. Do Kokotka ciągle docierają dostawy najpotrzebniejszych rzeczy – czy to od osób prywatnych, czy od instytucji i parafii. Dodatkowo wolontariusze organizują zabawy dla dzieci, a dla kobiet – aerobik. – Otrzymujemy bardzo dużo różnej pomocy, ale najbardziej cieszymy się z tego, że są osoby, które zgłaszają się do prowadzenia zajęć. Niektórzy uchodźcy pokazują nam zdjęcia swoich bloków, których już nie ma, zostały z nich ruiny. Dla ludzi, którzy nie mają do czego wracać, tracą sens życia, najgorsza byłaby bezczynność. Poza tym nie ma nic bardziej uzdrawiającego niż przyroda, a tu – w otoczeniu lasów i stawu – dużo łatwiej będzie im dojść do siebie – dodaje gospodarz.

Tutaj ludzie mają wielkie serce

Mariana pochodzi z okolic Lwowa, jest studentką trzeciego roku prawa. Jako jedna z niewielu potrafi w miarę sprawnie porozumiewać się po polsku, bo przed paroma laty kilkukrotnie przyjeżdżała do Polski, żeby zarobić przy sortowaniu owoców w magazynie albo jako pomoc w sklepie. Akurat w dniu naszej rozmowy zaczęła pomagać jako kelnerka w Oblackiej Przystani – restauracji znajdującej się w ośrodku NINIWY. Kiedy roznosi jedzenie albo sprząta stoły, łatwiej jej oderwać myśli od wojny w swojej ojczyźnie. Do Kokotka Mariana trafiła razem ze swoją rodziną – mamą, siostrą i jej 3,5-letnią córką. – U nas, na zachodzie Ukrainy, było spokojnie i w ogóle nie myślałam, że przyjadę do Polski. Ale nasz wujek mówił nam, żeby uciekać, bo nie ma na co czekać, więc pojechałyśmy. Sądziłam, że będziemy tu dwa czy trzy dni, a jesteśmy już tydzień – opowiada. W NINIWIE mają wszystko, czego im potrzeba, ale nie chcą być dla nikogo ciężarem. Dlatego w ciągu najbliższych tygodni planują znaleźć pracę i mieszkanie. – Tutaj ludzie mają wielkie serce. Wszyscy pytają, czy niczego nam nie brakuje, czy się najedliśmy, czy coś nas boli. Dziękujemy za takie przyjęcie, jest nam tu bardzo dobrze i ciągle mamy jakieś zajęcia – czy to dla dzieci, czy dla mam – żeby nie myśleć o wojnie. Wiadomo, że ta sytuacja powoduje niepewność, stres, rozpacz… Wszyscy mamy nadzieję, że wojna jak najszybciej się zakończy i wrócimy do siebie, chociaż rozumiemy, że nie nastąpi to tak szybko, jakbyśmy chcieli. A mieszkańcy Charkowa powiedzieli, że już nie mają do czego wracać, bo ich domy zostały zbombardowane – relacjonuje Mariana.

Oblackie Centrum Kryzysowe?

NINIWA przejęła budynek dawnego hotelu Silesiana w Kokotku pięć lat temu. Chociaż na początku niewiele osób kojarzyło to miejsce z działalnością duszpasterską, przez cały ten czas przewinęły się tu już tysiące ludzi. Nie tylko uczestników rekolekcji czy wydarzeń formacyjnych, bo na początku pandemii działał tu ośrodek kwarantanny dla przybywających z zagranicy, a teraz chronią się w nim uchodźcy wojenni. – Te pięć lat to dla nas jeden wielki cud. Nie przewidywaliśmy pandemii ani wojny, ale Bóg ma swoje plany. Nie wiem, czy można nazwać NINIWĘ ośrodkiem kryzysowym, ale na pewno miejscem odpowiadania na ludzkie potrzeby. Przy całym dramacie uchodźców cieszymy się, że ośrodek służy ochronie ich życia. Gdy ktoś przywozi jakieś dary, specjalnie pokazuję, gdzie bawią się dzieci, gdzie mają kawiarenkę, gdzie stoją stoły do ping-ponga czy gier planszowych… Te mury naprawdę są pełne życia – podkreśla o. Maniura. Oprócz najważniejszych potrzeb w Oblackim Centrum Młodzieży goście zza wschodniej granicy mają zapewnioną również opiekę duszpasterską. Specjalnie dla nich do ośrodka został ściągnięty o. Paweł Tomys – oblat, który przez 27 lat pracował w Ukrainie. Dzięki niemu część osób wyznania greckokatolickiego codziennie może uczestniczyć w Mszy św. w swoim języku. W jedną z niedziel razem z Ukraińcami modlił się też prowincjał polskiej prowincji Misjonarzy Oblatów o. Paweł Zając OMI. Wstępnie pobyt uchodźców w Kokotku przewidziany jest do końca kwietnia. Jak dotąd żadne wydarzenia planowane na ten czas w ośrodku nie zostały odwołane, jednak ich organizatorzy zostali uprzedzeni o możliwej potrzebie elastyczności odnośnie do zakwaterowania czy realizacji własnego programu. – Jestem przekonany, że każdy, kto otworzy się na te warunki, tylko skorzysta, bo uczestnicy rekolekcji zobaczą tu żywą Ewangelię – przekonuje o. Maniura.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama