Nowy numer 21/2022 Archiwum

Jest światełko w tunelu

O tegorocznym Dniu Chorego, kapelanie o. Janie Nodze i sytuacji epidemiologicznej mówi prof. dr hab. n. med. Krzysztof Składowski, dyrektor Narodowego Instytutu Onkologii w Gliwicach.

Klaudia Cwołek: Od prawie 25 lat Dzień Chorego w Waszym Instytucie organizował o. Jan Noga, który zmarł w ubiegłym miesiącu, służąc pacjentom do końca. Czy ktoś go zastąpi?

Prof. Krzysztof Składowski: Rozmawiałem już z nowym kapelanem, który przejmie obowiązki i będzie u nas kontynuował misję o. Jana. To jest przeor redemptorystów w Gliwicach, o. Grzegorz Kozioł. Natomiast z biskupem Janem Kopcem ustaliliśmy, że z powodu epidemii COVID-19 w Dniu Chorego ograniczymy się jedynie do Mszy św., sprawowanej tradycyjnie przez kapelana w naszej kaplicy dla pacjentów przebywających w szpitalu.

Nie będzie natomiast specjalnych spotkań ani z personelem, ani z chorymi. A do końca zagrożenia zakażeniem posługę kapelana postaramy się utrzymać na wezwanie pacjenta, bez regularnych odwiedzin w salach chorych.

Żegnając ojca Jana na pogrzebie, powiedział Pan, że cieszył się on niekwestionowanym autorytetem. Skądinąd wiadomo, że w Instytucie Onkologii udało się wypracować wzorcowy model współpracy kadry medycznej z kapelanem. Jaki był w tym osobisty wkład o. Jana?

Jego autorytet nie wynikał z funkcji kapelana, ale z tego, jakim on był człowiekiem. To był po prostu ojciec, który traktował swoją misję w sposób szczególny. Był jednym z nas i myśmy go po prostu kochali. Był częścią kadry pracowników, wykonującym, oczywiście, specyficzne zadania, ale bardzo ważne, a nawet niezbędne w funkcjonowaniu Instytutu, ponieważ bardzo dużo pacjentów korzystało z jego posługi duszpasterskiej, czekało na nią. Wiele osób wynosiło z niej nadzieję. Ojciec Jan traktował zawsze bardzo poważnie problemy, z jakimi zwracali się do niego nasi pacjenci, a przy tym nie angażował się nadmiernie w ich osobiste przeżycia czy tragedie. Niemniej zawsze dawał im nadzieję na to, że będzie lepiej, że jest szansa poprawy, wyleczenia i opuszczenia szpitala. Oni czuli się przez niego traktowani równo i niezmiennie przez cały okres leczenia. Ojciec Jan nikogo nie osądzał, nigdy nie słyszałem, żeby wyrażał się o kimś w sposób kategoryczny czy recenzował czyjeś działania. Bardzo przeżywał nie tylko problemy chorych, ale też problemy związane z funkcjonowaniem szpitala. Kiedy pięć lat temu Instytut Onkologii stanął przed kwestią oddzielenia się od centrali w Warszawie i nie było pewne, jak to się wszystko potoczy, bardzo się martwił tym, jak się to ostatecznie skończy. A gdy w jednej z rozmów uspokoiłem go, że wszystko będzie dobrze, przyjął to z całkowitym zaufaniem, sprawiał wrażenie, jakby zdjęto mu z pleców kawał ciężkiego krzyża, który starał się nieść razem z nami w tym trudnym czasie.

Ile czasu o. Jan spędzał w Instytucie?

Był od samego rana, każdy dzień zaczynał Mszą o 6.30 w kaplicy w starej części szpitala. Później z reguły szedł na obchód, odwiedzał każdą salę chorych, gdzie chciano go przyjąć. Często też pracownicy zwracali się do niego z różnymi sprawami, kłopotami czy prośbami o udzielanie sakramentów, począwszy od chrztów po sakrament namaszczenia chorych, a także pogrzeby bliskich. Sam również korzystałem z jego dobroci, kiedy odeszli moi rodzice i teściowie. Byli przez niego zaopatrzeni sakramentami i odprowadzeni w ostatniej posłudze na cmentarz. Ojciec Jan często wracał do Instytutu w ciągu dnia, żeby się spotkać i omówić różne sprawy. Ze względu na to całe zaangażowanie był bardzo zajęty, a trzeba pamiętać, że pracował także w innych gliwickich szpitalach. Dzień w Instytucie kończył wieczorną Mszą św.

Po ogłoszeniu epidemii ojciec Jan podobno bardzo szybko wrócił do pracy, choć stała obecność kapelana w szpitalu nie była wtedy normą.

Tak, bo wyraźnie cierpiał z powodu tych ograniczeń. Na początku trochę się o niego baliśmy. Ale wytłumaczyliśmy mu, jak ma się chronić i zabezpieczać, i on realizował te zalecenia w sposób perfekcyjny. Dzięki temu chorzy nie byli ograniczani w dostępie do posługi duszpasterskiej.

Ale ostatecznie się zaraził…

Niestety. Nie wiemy, jak i gdzie mogło do tego dojść, ponieważ miał bardzo dużo kontaktów. Mimo zabezpieczeń nie uchronił się od zakażenia koronawirusem, a zaawansowany wiek również zrobił swoje. No i nie doczekał się szczepionki…

Jak to się stało, że walcząc z chorobą, ostatecznie trafił do Waszego Instytutu i odszedł wśród swoich?

Początek był taki, że po zakończeniu codziennej posługi – to była chyba jedna z sobót listopada – ojciec był bardzo blady i słaby. Źle się czuł, ale jeszcze wsiadł do samochodu. Powiedzieliśmy mu wtedy, że byłoby dobrze, gdyby zrobił sobie badania, i zaproponowaliśmy, żeby zgłosił się na nie po niedzieli. Tymczasem już w niedzielę okazało się, że trafił do szpitala covidowego. Bardzo szybko otrzymaliśmy wiadomość, że został podłączony do respiratora. Kolejna diagnoza spowodowała, że trzeba go było przewieźć do Szpitala Miejskiego przy ul. Kościuszki. A do nas dotarły informacje, że bardzo tęskni za Instytutem, bo znalazł się w środowisku dla siebie nieznanym, czuł się w nim wyobcowany. Gdy dowiedzieliśmy się, że tam już nic więcej nie można dla niego zrobić, doszedłem do wniosku, że to właściwy moment, żeby przenieść go do nas. Zresztą ojciec Jan sam powtarzał, że jeżeli ma być w szpitalu, to chciałby być w naszym Instytucie. Jego stan był na tyle poważny, że od razu umieściliśmy go na oddziale intensywnej opieki medycznej. Tam rozmawiałam z nim kilkakrotnie, ale czułem, że już nie opuści tego oddziału. Tak się złożyło, że został do nas przyjęty na święta Bożego Narodzenia, które spędził pod troskliwą opieką, wśród swoich. Gdy go pytałem, jak się czuje, powiedział, że jak w niebie.

Jaka obecnie jest Wasza sytuacja w Instytucie w związku z epidemią – jak sobie radzicie i jak pacjenci przeżywają związane z nią ograniczenia i izolację?

Pacjenci przeżywają to ze zrozumieniem, bo nie ma innego, lepszego rozwiązania. Żeby ich chronić, musimy ich izolować i ograniczać kontakty do minimum. Gdy pojawiają się nowi zakażeni, od razu są separowani. Wszyscy, którzy są przyjmowani na oddziały szpitalne, najpierw są poddawani badaniom genetycznym na obecność SARS-CoV-2. Jeżeli wynik jest dodatni, musimy ich odesłać do domu, a przy nasilonych objawach zakażenia są przekazywani do szpitala covidowego. Epidemia sprawiła, że musieliśmy stawić czoło wielu sytuacjom i problemom, z którymi do tej pory nikt nie miał do czynienia. Trzeba było wprowadzić specjalne procedury bezpieczeństwa, ograniczające ryzyko zakażenia pacjentów i personelu medycznego oraz przygotować i uruchomić laboratorium covidowe, dzięki któremu szybciej uzyskujemy wyniki badań. Dla pacjentów badanie to dodatkowe utrudnienie, bo muszą u nas pojawić się w przeddzień planowanego przyjęcia i czekać na informację, czy mogą zgłosić się następnego dnia na oddział, czy nie. Dla niektórych jest to problem, ponieważ przyjeżdżają z odległych zakątków kraju na leczenie. Mamy teraz mniej pacjentów, ponieważ diagnostyka chorób nowotworowych w przychodniach specjalistycznych i szpitalach nieonkologicznych jest obecnie spowolniona, a w wielu miejscach w ogóle niedostępna. To poważny problem, ponieważ spodziewamy się, że pacjenci, u których zostanie postawione opóźnione rozpoznanie, mogą mieć już chorobę tak bardzo zaawansowaną, że wykluczającą radykalne leczenie. A mniejsza liczba pacjentów pociąga za sobą również problemy związane z finansowaniem. Narodowy Instytut Onkologii w Gliwicach w wyniku epidemii COVID-19 stracił w zeszłym roku 30 milionów złotych, czego żadna tarcza nam nie wyrównała.

Z jak dużym stresem mierzą się pracownicy w związku z wirusem, czy do tej sytuacji można się jakoś przyzwyczaić?

Na początku był to nie tylko stres, ale wręcz strach, jednak personel – od szeregowych pracowników po osoby na najwyższych stanowiskach – zareagował bardzo odpowiedzialnie. Stanął na wysokości zadania, nie unikając niebezpieczeństw. Jestem dumny z moich pracowników. Również dlatego, że bardzo licznie zgłaszają się na szczepienie, wiedząc, że to jest jedyna realna metoda ochrony siebie, swoich bliskich i pacjentów. Oczywiście, ograniczenia są męczące, wielu chciałoby już żyć normalnie, wyjechać gdzieś czy spotkać się z ludźmi. Akurat w przypadku ośrodka naukowo-badawczego, jakim jesteśmy, szczególne znaczenie mają wyjazdy o charakterze naukowym. Z powodu pandemii praktycznie została także zawieszona wymiana stypendialna i obawiam się, że to wszystko odbije się na wynikach prac naukowych, jakie są prowadzone.

Czyli sytuacja dalej jest poważna?

Jest poważna, ale widać światełko w tunelu dzięki szczepieniom. Zachęcam wszystkich do skorzystania z tego dobrodziejstwa. Warto pamiętać, że wyleczalność wielu chorób to efekt dwóch osiągnięć medycyny: antybiotyków i szczepionek. Jeżeli ktoś w to nie wierzy, to nie wierzy również, że cywilizacja po zakończeniu pandemii COVID-19 może się odrodzić i dalej rozwijać. klaudia.cwolek@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama