Nowy numer 24/2021 Archiwum

Misja z kościołem na dwie godziny

O parafiach w Krasnojarsku, współpracy ekumenicznej i pomocy kobietom po aborcji mówi siostra Letycja Górniewicz, boromeuszka.

Klaudia Cwołek: Polacy przez lata bali się wywózki na Syberię, a Siostra podczas kwesty w Zabrzu powiedziała, że znalazła tam to, za czym tęskniła. Co to jest?

Siostra Letycja Górniewicz SCB: Ta tęsknota dotyczyła pragnienia wypełnienia woli Bożej w moim życiu, które nosiłam w sobie. Na Syberii pracuję od siedmiu lat i czuję, że to jest moje miejsce i zadanie, do którego teraz powołał mnie Pan Bóg – jako kobietę i jako boromeuszkę. W Krasnojarsku zajmuję się wieloma różnymi rzeczami i sprawia mi to wielką radość.

Marzyła Siostra o misjach?

Tak, choć inaczej je sobie wyobrażałam. Zanim jeszcze zostałam siostrą zakonną, podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych poznałam młodą rodzinę, należącą do neokatechumenatu, która z dziećmi wędruje po świecie i ewangelizuje. Pod ich wpływem zrodziło się we mnie pierwsze wielkie życiowe pragnienie, żeby wyjechać na misje, może właśnie z własną rodziną. Ale później odkryłam, że Pan Bóg powołuje mnie do życia zakonnego. W czasie formacji i studiów pragnienie misji dalej we mnie dojrzewało. Marzyłam o tym, żeby wyjechać do miejsca, gdzie ludzie jeszcze nie słyszeli o Panu Jezusie. Taka sytuacja jest m.in. w Senegalu, gdzie pracują nasze siostry. Ale wyjechałam do Rosji, a tam ludzie o Panu Jezusie już słyszeli i coś o Nim wiedzą, choćby poprzez bogatą literaturę czy sztukę. Najczęściej nie mają jednak z Nim bliskiej relacji, dopiero poszukują sensu swojego życia.

Jak wygląda wasza działalność w Krasnojarsku?

Nasza wspólnota boromeuszek liczy trzy siostry – to jedna Rosjanka, która pochodzi z Krasnojarska, i dwie Polki. Od samego początku zajęłyśmy się pracą z niepełnosprawnymi na bazie organizacji, która istniała już wcześniej. Pracujemy w parafii, która nie ma swojego kościoła, dopiero walczy o jego odzyskanie. Kościół, który został wybudowany przez katolików na początku XX wieku, został im odebrany i znacjonalizowany w 1936 roku. Proboszcza i kilka osób z rady parafialnej wtedy rozstrzelano i wspólnota się trochę rozproszyła, ale przetrwała do powrotu księży na te tereny na początku lat 90. Wtedy właśnie do Krasnojarska przyjechali misjonarze klaretyni i nasze siostry, i zaczęliśmy starać się o odzyskanie kościoła. Niestety, do tej pory nie jest on naszą własnością, udostępniany nam jest jedynie na dwie godziny dziennie.

Co się w nim dzieje w pozostałym czasie?

Oficjalnie kościół jest salą organową i przede wszystkim odbywają się w nim koncerty. Nam dano małe pomieszczenie, gdzie wszystko przechowujemy, łącznie z ołtarzem i amboną, które wystawiamy na czas liturgii. To męczące, ale wspólnota parafialna jest żywa, działają w niej różne grupy. Regularnie do kościoła przychodzi około 200 osób. W Krasnojarsku, który liczy ponad milion mieszkańców, jest jeszcze drugi kościół katolicki na peryferiach, oddalony od nas o 15 km, gdzie też pracują klaretyni. W sąsiedztwie tamtej strony miasta położone są tzw. polskie i niemieckie wioski, które oni obsługują. A my, z naszej parafii, jeździmy do dalszych miejscowości.

Jak dajecie sobie radę, skoro do kościoła możecie wchodzić tylko na dwie godziny?

Na co dzień Najświętszy Sakrament przechowywany jest w naszej kaplicy zakonnej. A nasz klasztor to jest zwykłe mieszkanie w dziesięciopiętrowym bloku. Mamy w nim wygospodarowane pięć pokoi, jeden z nich to właśnie kaplica, do której ludzie mogą przychodzić na spotkania modlitewne i adorację. W tym samym bloku od niedawna mamy jeszcze drugie mieszkanie, przygotowane specjalnie do pracy katechetycznej. Mieszkamy blisko kościoła i – co ważne – w centrum miasta. To jest bardzo dla wszystkich wygodne i praktyczne.

Udało się wam nawiązać współpracę z prawosławnymi?

Tak, to właśnie z ich inicjatywy razem prowadzimy pomoc dla bezdomnych. Jeden z księży prawosławnych, odpowiedzialny za działalność charytatywną, znalazł nas i zaprosił do współpracy, bo sami nie byli w stanie codziennie dostarczać posiłków ludziom na ulicy. Zaprosił do tej służby także ewangelików i w ten sposób powstał duży ekumeniczny projekt. To nas bardzo cieszy, bo wcześniej z Kościołem prawosławnym, mimo że jest blisko, trudno było nam nawiązać kontakt. Ale to się już zmienia i teraz mamy wśród prawosławnych przyjaciół, podejmujemy wspólnie różne działania. A niektórzy nawet przychodzą do nas na modlitwę. Także w spotkaniach dla małżeństw, które prowadzę, uczestniczą małżeństwa prawosławne.

Podjęła się Siostra także pracy z kobietami po aborcji. Na czym ona polega?

To jest bardzo trudny temat. W Rosji niedawno minęła 100. rocznica wprowadzenia aborcji na żądanie. Wśród naszych parafianek są kobiety, które mają za sobą nawet kilkanaście aborcji. Byłyśmy świadome, że one noszą w sobie ten problem, ale długo stanowił on temat tabu. Jakiś czas temu we Władywostoku zaczął się ruch pomocy tym kobietom Winnica Racheli, któremu przewodzi s. Maria Stella ze zgromadzenia pochodzącego z Ameryki. Więc my też w tym samym duchu zaczęłyśmy podejmować rozmowy. Zaproponowałyśmy rekolekcje, po których okazało się, jak dużo jest tych kobiet. Te, z którymi mamy kontakt, cieszą się, że mogły się otworzyć, o tym mówić i że nikt ich za to nie potępia. O przeprowadzonej aborcji mówią także starsze kobiety, którym poczucie winy ciążyło wiele lat. To jest niesamowite doświadczenie – widzieć, jak one przyjmują od Pana Boga uzdrowienie tej rany. Wtedy naprawdę dzieją się cuda.

Czy w tej pracy pomagają wam terapeuci?

Zawsze na rekolekcjach dla kobiet zranionych aborcją, które mają charakter weekendowych wyjazdów, obecny jest psycholog. Organizujemy je całą „komandą”, jak my to mówimy. Mamy też tę komfortową sytuację, że nasz kapłan, o. Maksym, równocześnie jest psychologiem. Ponadto konsultujemy się w tym temacie z s. Iriną z instytutu zakonnego Verbum Dei z Moskwy, która co jakiś czas do nas przyjeżdża.

To ciekawe, że można prowadzić tyle dzieł – w surowym syberyjskim klimacie, nie mając kościoła ani budynków klasztornych czy parafialnych.

A do niedawna miałyśmy do dyspozycji jeszcze mniejsze mieszkanie niż obecne. Wtedy w naszym domu jedna grupa spotykała się w kuchni, druga w pokoju, a trzecia w przedpokoju. Praktycznie cały czas ktoś u nas był i nieraz brakowało trochę spokoju, zwłaszcza gdy któraś z sióstr zachorowała. Teraz wszystkim jest wygodniej, ale gdyby cała parafia chciała się spotkać naraz, to dalej nie mamy gdzie. Czasem na mieście wynajmujemy jakąś salę na konferencje czy większe wydarzenia. Ostatnio bezpłatnie miejsce udostępniła nam biblioteka miejska w ramach rozpowszechniania historii i kultury. W tej sytuacji wiele osób i organizacji wychodzi nam naprzeciw. Dla mnie ważna jest też więź duchowa z moją ojczyzną i rodakami w Polsce. Spotykam też ludzi, których przodkowie zostali na Syberii po zesłaniu. Wiem, że wiele osób tutaj wspiera mnie modlitwą i jestem za to bardzo wdzięczna. klaudia.cwolek@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama