Nowy numer 3/2021 Archiwum

Jestem za kolędą na zaproszenie

O różnych formach wizyty duszpasterskiej, wzajemnych relacjach i przyjmowaniu pieniędzy mówi ks. Bernard Frank, proboszcz parafii Wszystkich Świętych w Gliwicach.

Klaudia Cwołek: Od połowy października wiemy, że z powodu epidemii nie będzie kolędy w tradycyjnej formie. Ksiądz miał już taką sytuację w swojej parafii. Jakie to były okoliczności?

ks. Bernard Frank: Do poszukania innej formy zmusiła mnie konieczność związana z operacją krtani. W tym czasie miałem tylko jednego wikarego, więc nie było możliwości przejścia parafii choćby w połowie. Ogłosiłem więc, że kolędy nie będzie, przeprosiłem i zaprosiłem do kościoła na Mszę św. po specjalne błogosławieństwo. Przy okazji wyjaśniałem, że w ramach powszechnego kapłaństwa ludu Bożego każdy może pobłogosławić swoje mieszkanie. Przecież dawniej ludzie mieli u siebie kropielniczki z wodą święconą, której używali wychodząc na zewnątrz czy skrapiając nią mieszkanie przed dłuższym wyjazdem. Zrobiłem więc plan nabożeństw kolędowych na dwa tygodnie, które odbywały się po wieczornej Mszy św. z okolicznościowym kazaniem. Po końcowym błogosławieństwie prosiłem, żeby ludzie podchodzili parami i z księdzem wikarym rozdawaliśmy buteleczki z wodą święconą, kredę do opisania drzwi oraz modlitewnik rodzinny, do którego dołączyłem kartkę pocztową z wizerunkiem naszej szopki. Na odwrocie zamieszczona była modlitwa na poświęcenie domu z formułą błogosławieństwa, którą ksiądz odmawia podczas wizyty duszpasterskiej. Zachęcałem, żeby po odmówieniu tej modlitwy u siebie w domu pokropić ściany wodą święconą.

Dużo osób przychodziło na te nabożeństwa?

Rozdaliśmy około 1100 książeczek, a tradycyjną kolędę przyjmowało około 1500 domów, więc to był niezły wynik.

A co z tradycyjnymi ofiarami kolędowymi?

Ludzie sami upomnieli się o wystawienie koszyczka, mówiąc że jak jest kolęda, to musi być też ofiara. Jeśli ktoś chciał coś wrzucić, to wrzucił, jeśli nie chciał, to nie wrzucił.

Pewnie finansowy wynik nie był już tak dobry?

Oczywiście, ofiar było mniej więcej połowa tego, co przekazano na kolędzie. Przy czym wtedy ogłaszałem, że rozpoczęliśmy konserwację bocznego ołtarza i z punktu widzenia zarządzania parafią dogodniejszą formą wsparcia finansowego są wpłaty na konto – jednorazowe lub w formie stałego przelewu. I niektórzy tak zrobili.

Czy widzi Ksiądz jakieś plusy tamtego rozwiązania? Może to jest zapowiedź potrzebnych zmian w kolędzie, która co roku budzi tak dużo emocji?

Osobiście jestem za kolędą na zaproszenie, na zasadzie umawiania z ludźmi dogodnego terminu. Wielu młodych pracuje do późnych godzin i im na przykład bardziej odpowiadają soboty, o ile mają je wolne. Z kolei do starszych osób możemy iść wcześniej. Dobrze też jest określić w przybliżeniu godzinę spotkania, żeby nikt nie musiał czekać zbyt długo. To może zakończyłoby też te wszystkie nieprzyjemne tłumaczenia, że ktoś nie wiedział, że nie słyszał itp.

Co jest ważne dla tych spotkań?

Z punktu widzenia duszpasterskiego to, żeby w miarę możliwości obecna była cała rodzina. Przy całej atmosferze wokół Kościoła, kiedy słyszymy, że ludzie przyjmują kolędę dla świętego spokoju, że nam, księżom, tylko na kasie zależy, wolałbym iść tylko tam, gdzie ktoś naprawdę chce się spotkać.

To powinno być oczywiste…

U nas już wprowadziliśmy taki zwyczaj, że nowych parafian prosimy o zgłoszenie gotowości przyjęcia kolędy albo w dniu wyznaczonym według planu, albo w innym, wspólnie ustalonym. Przy takim rozwiązaniu nie musiałbym też czuć się jak żebrak, gdy stoję pod drzwiami, dzwonię na domofon, na którym nie ma ani jednego nazwiska. Tyle dobrze, że całą parafię mamy wpisaną do programu komputerowego i ministranci otrzymują wcześniej wydruk z informacją, kto przyjmuje kolędę. Dzwonią więc już tylko tam, gdzie przez ostatnie pięć lat byliśmy przyjmowani. W związku z tym prosiliśmy, żeby zostawiać kartki na drzwiach, żeby było wiadomo, gdzie mamy wejść. Mamy też zasadę, że oprócz pierwszego dzwonka na domofon, żeby wejść do budynku, nie dzwonimy ani nie pukamy bezpośrednio do mieszkań, bo czasami mogliśmy usłyszeć różne nieprzyjemne komentarze.

Czy w takim układzie kolęda musiałaby być rozciągnięta poza okres Bożego Narodzenia?

Wzorem archidiecezji katowickiej wolałbym wizyty rozpocząć już w Adwencie. Zresztą już kiedyś, ze względu na termin ferii, w naszej parafii chodziliśmy w weekendy przed Bożym Narodzeniem. To całkiem dobrze wyszło, a i atmosfera w domach była świąteczna, bo tak jak na Zachodzie, tak i u nas za sprawą komercji zwyczaje w tym zakresie też się zmieniają. Umówienie terminu kolędy przy dzisiejszych telefonach, mailach i esemesach, to naprawdę nie jest problem. Ale to wymaga też większej dyscypliny, bo wtedy o konkretnej godzinie wypada jednak być i czekać. A my z kolei nie możemy przy okazji odwiedzać kogoś, kto akurat zobaczy, że idziemy i nas zaprosi, a wcześniej się nie zgłosił.

Wasza parafia liczy około 7,5 tys. wiernych. Ile czasu zwykle zabierało Wam odwiedzanie domów?

Przyjęliśmy zasadę, żeby dziennie na księdza nie przypadało więcej niż 25 rodzin. W soboty, gdy wychodziliśmy o 14.00, mogło to być o dziesięć domów więcej. Na każdy przeznaczamy około 10 minut. Zaczynamy zaraz po Bożym Narodzeniu i trwa to do połowy stycznia. Osobiście wolałbym chodzić dłużej i mieć codziennie mniej spotkań, niż „zrobić”, jak nieraz nieładnie mówimy, 40 mieszkań jednego dnia.

Z zewnątrz wygląda to jak maraton. Czy da się wtedy normalnie żyć?

Da się. Oczywiście, że są takie sytuacje, gdzie się przy okazji odpoczywa i takie, że atmosfera jest jak w „rodzinnym grobowcu”. Głównym celem kolędy jest prośba o błogosławieństwo dla rodziny i modlitwa za zmarłych, więc oczekiwania, że wtedy będziemy dłużej omawiać sprawy duszpasterskie, to życzenia nie do spełnienia w tych okolicznościach. Nie mogę pozwolić, żeby z powodu takiej rozmowy kolejne rodziny czekały na mnie w nieskończoność. Dlatego, gdy coś takiego wyniknie, zapraszam na plebanię albo do korespondencji mailowej, gdy to są jakieś pomysły czy uwagi dotyczące parafii. Kolęda na zaproszenie byłaby formą wzajemnego szacunku – księdza wobec parafian i parafian wobec księdza.

Co stoi na przeszkodzie wprowadzenia takiego rozwiązania?

Myślę, że tego nie da się wprowadzić w jeden rok i musiałyby zrobić to wszystkie parafie w mieście, a to jest mało prawdopodobnie. No, chyba że Wydział Duszpasterski naszej kurii by to zaproponował.

Przy umówionej wizycie byłaby szansa na rozmowę na tematy duszpasterskie, o którą niektórzy się upominają?

Oczywiście. Na pewno byłoby wtedy o co najmniej jedną trzecią mniej przyjmujących kolędę.

Prawdopodobnie mniejsze byłyby też wpływy z ofiar kolędowych.

Wśród młodych tradycja ofiarowania czegoś na Kościół i tak zaczyna zanikać. A dla mnie, mówiąc delikatnie, to nie jest komfortowa sytuacja, gdy ledwo wejdę do mieszkania, a tam już ktoś stoi z kopertą, żeby ją wręczyć. Nieraz mam takie wrażenie, że to jest jak łapówka. Masz i o nic nie pytaj. Jak są dzieci, to jest fajnie, bo ministranci mają skarbonkę, one mogą wrzucić pieniążek do puszki, dostają specjalnie przygotowany dla nich obrazek misyjny, czegoś przy okazji ich uczymy. Jednak czasy bardzo się zmieniają. Inaczej jest jeszcze na wioskach, ale w dużym mieście – powiem szczerze – jeżeli komuś kolęda ma kojarzyć się tylko z pieniędzmi, to ja dziękuję. Wolę mniej parafian odwiedzić, a porządnie, niż dużo po to, żeby zebrać kasę. Niech kolęda przestanie się kojarzyć z pieniędzmi.

Ale przyjmuje Ksiądz pieniądze?

Zależy od kogo. Wolałbym nie zbierać, a jeżeli już przyjmuję koperty, to od osób, które znam z kościoła. Ludzie, którzy są związani z Kościołem, dając coś, tego nie wypominają. A jak są to tzw. łaskawcy, to pieniądze, które dają, obracają się przeciwko nam. Dlatego od niektórych nie przyjmuję ofiar. Jeśli ktoś nie chodzi do kościoła, mało go on interesuje i teraz przy okazji kolędy wręcza mi kopertę, wtedy mówię, że jeżeli chce coś ofiarować, to niech przyniesie to do kancelarii albo wpłaci na konto parafii. U nas jest tak, że wiele osób, które mieszkają w części bliżej dworca, chodzi do kościoła św. Barbary i przy okazji kolędy one nalegają, żeby przyjąć ofiarę na parafię, do której należą. Wtedy zgadzam się. Zresztą wydaje mi się, że wkrótce ta epoka i te zwyczaje przeminą. Już teraz widać, że z punktu widzenia parafii lepsza jest stała miesięczna deklaracja 10, 20 czy 50 zł na jakąś inwestycję, niż takie okazyjne zbieranie. Dlatego na przyszłość szukałbym rozwiązań w tym kierunku.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama