Nowy numer 24/2021 Archiwum

Wiara uczy mnie, że istnienie nie ustanie

O odpowiedzialności za porozumienie, starości i przemijaniu mówi dr Elżbieta Sujak, psychiatra, przez wiele lat zaangażowana w poradnictwo rodzinne i prowadzenie kursów psychologii komunikacji.

Klaudia Cwołek: Niedawno obchodziła Pani swoje 95. urodziny. Jakie przeżycia towarzyszą takiemu jubileuszowi?

Elżbieta Sujak: W naszej rodzinie nie obchodzimy urodzin, tylko imieniny, ale ze względu na te rocznice (moja siostra dzień wcześniej skończyła 89 lat) tym razem świętowałyśmy uroczyście. W moim wieku na życie patrzy się już inaczej, nie doświadczam takiego zaangażowania uczuciowego i spokojnie przyglądam się różnym zmianom wokół i w sobie.

Ale wtedy drażnią trochę ludzie, którzy udają, że w nich to nie następuje, że są zawsze sobą i nie przyjmują do wiadomości, że się starzeją. W takim stanie jest moja siostra, u niej się nic nie zmienia – ma nadal 30 lat i nadal się czuje sprawna, a o wszystkim najchętniej mówi w czasie teraźniejszym. Muszę ją czasem upominać, ale ona się wtedy obraża i w pewnym sensie ma rację, bo jakim prawem rozbijam jej kryształowe samopoczucie? Ale są też tacy, którzy mają pretensje do Pana Boga, że tak się dzieje, że nie ma prawa. Ma prawo. Ja na szczęście mam to moje spojrzenie psychiatryczne. Sama siebie obserwuję, jakbym była moją własną pacjentką. Wiem, co się dzieje, nie dziwię się temu i nie gniewam się o to.

Nieraz powtarzany jest slogan, że starość się Panu Bogu nie udała…

Ja bym tak nie powiedziała. Starość ma swoje wartości, tylko nie należy z tego robić jakiejś zasady czy powinności, bo nie mogę być inna, niż jestem. Starość ma swoje pozytywy, przede wszystkim zmniejsza ostrość aktualnego przeżywania.

Daje większy dystans?

Tak. Ale są trudności, które starość przynosi. Na przykład używam aparatu słuchowego i wcale przez to nie słyszę dużo lepiej. Brak mi łatwości porozumiewania, moje ograniczenia są coraz większe. Dlatego raczej się wycofuję i mniej się udzielam. Mniej mówię, ale jak jest okazja, to się wygaduję. Straciłam też zdolność czytania, a to jest duże kalectwo! Jednak mam w sobie zgodę na tę starość, bo i tak jej nie uniknę, w żaden sposób. Patrzę na nią jak na dar, bo to mi się nie należało, prawda?

Przez lata zajmowała się Pani doktor psychologią komunikacji. Dziś mamy coraz to nowe komunikatory i sposoby łączenia się, a mimo to jakbyśmy coraz bardziej cierpieli na brak porozumienia. Jak Pani widzi ten problem?

Nie wiem, czy mam jeszcze poglądy na ten temat. Mnie ustawiano w życiu tak, że to ode mnie zależy porozumienie. Nie mam oczekiwać na rozmówcę, ale wziąć ciężar tej relacji i czuć się odpowiedzialną za przebieg rozmowy. Bez względu na to, czy to jest moja, czy twoja sprawa. Jeśli się ktoś do mnie zwraca to jest mój problem, wyzwanie dla mnie.

A jeżeli się nie zwraca, zamyka w sobie?

Wtedy muszę zaakceptować człowieka i jego postawę. Przyjmuję ciebie takim, jakim jesteś, i przyjmuję sposób, w jaki mnie traktujesz. Przyjmuję, to znaczy biorę jako realność i dostosowuję się do tego.

Ale tu jest potrzebne jakieś minimum porozumienia?

Jest potrzebne i ja mam się czuć za nie odpowiedzialna, muszę to porozumienie stworzyć.

Gdy jest różnica wartości, różnica w postrzeganiu rzeczywistości, trzeba na to bardzo dużo czasu.

Na pewno. Czasem to trwa długo, w małżeństwach i rodzinie nieraz całe lata.

Czy porozumienie zależy od autorytetu, jaki się posiada? Bo skoro ja mam wziąć odpowiedzialność za porozumienie…

Tu uwaga! Bo to może być pułapka, że w zamian za moje zaangażowanie i podjęcie trudu oczekuję przywileju, że mogę się czuć autorytetem, mieć poczucie, że mój wkład w porozumienie daje mi pewną władzę nad tą relacją. A może tak nie być.

Jak wspomina Pani rolę inteligencji katolickiej w czasach PRL, gdy dla części społeczeństwa to właśnie ona pełniła rolę autorytetu – wyznaczała sposób myślenia, określała, jak wprowadzać wartości chrześcijańskie w życie osobiste i społeczne, podsuwała cenne lektury. Teraz nie widać środowiska, które by tę funkcję przejęło w takim zakresie.

Pamiętam, że wybierałam i korzystałam z wypowiedzi ludzi kultury, literatury, prasy według własnych oczekiwań. Był cały nurt chrześcijańskiej kultury, bo ona jednak doszła do głosu, a rozpłynęła się po transformacji ustrojowej.

Dlaczego?

No właśnie nie wiem. Chyba dlatego, że nie była już zagrożona.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama