Nowy numer 48/2020 Archiwum

Budujemy jeden Kościół

O jedności w Ruchu Światło–Życie, oazowych doświadczeniach i wizji księdza Blachnickiego opowiada ks. Marek Olekszyk, moderator Domowego Kościoła.

MIRA FIUTAK: Od września w Domowym Kościele jest nowa para diecezjalna i nowy moderator. Jesteście już po pierwszych spotkaniach w rozpoczętym roku formacyjnym. Co z nich wynika?

KS. MAREK OLEKSZYK: Przede wszystkim trzeba dbać o to, co jest, o rozwój istniejących kręgów. Okazało się, że w ciągu ostatniego roku kilka z nich przestało funkcjonować. Nie wiem jeszcze dlaczego – czy przez epidemię, czy były inne powody – ale kilka z nich zawiesiło spotkania. Rola moderatora w Domowym Kościele jest inna niż moderatora w oazie młodzieżowej. Tutaj jest to bardziej towarzyszenie, bo główna odpowiedzialność spoczywa na parze diecezjalnej. Rola moderatora jest mniej decyzyjna, a bardziej doradcza, duchowa.

Kiedy Ksiądz zetknął się z Domowym Kościołem?

Na początku kapłaństwa, w mojej pierwszej parafii św. Franciszka w Zabrzu. Powstawał tam nowy krąg i zostałem poproszony, żeby mu towarzyszyć. Tam się wszystkiego uczyłem. I właściwie przez ponad 20 lat, kiedy jestem księdzem, prawie zawsze towarzyszyłem jakimś kręgom, inicjowałem powstawanie nowych. Można powiedzieć, że miałem stały kontakt z tą gałęzią Ruchu Światło–Życie. Ale już w młodości były pierwsze spotkania, choć bardziej powierzchowne. W tamtym czasie było bardzo dużo młodych w oazie. Na rejonowych dniach wspólnoty najpierw zbierała się młodzież, później rodziny przychodziły na wspólną Mszę św. i po niej one miały swoje spotkanie. Takie logistyczne rozwiązanie było konieczne, żeby się pomieścić. Nie było wspólnej agapy, trudniej było budować więzi. Teraz dni wspólnoty przeżywamy razem, co dla obu stron jest wzbogacające. Małżeństwa widzą, jak młodzi, często w wieku ich dzieci, przeżywają swoją wiarę. A młodzież ma dobry przykład rówieśników swoich rodziców, bo przecież nie każdy ma zdrową rodzinę. A tu widzą, jak można budować swój dom po chrześcijańsku.

Jakie są najważniejsze sprawy na dziś, jeśli chodzi o Domowy Kościół w naszej diecezji?

Dla mnie jest to troska o jego jedność z całym Ruchem, który przecież zaczął się od młodzieży. Dzisiaj w naszej diecezji jest więcej rodzin i to one na ogólnych spotkaniach liczebnie dominują. Jednak bardzo ważne jest dostrzeganie siebie nawzajem. Tylko wtedy możemy robić razem różne rzeczy w parafiach i w diecezji. To jest piękny obraz całości Ruchu, ale czasem nam się to udaje, a czasem nie. Chociaż te dwie gałęzie mają odmienny charakter, trochę inne rekolekcje, to ważne, żeby była między nimi jedność, bo tworzymy jeden Ruch i budujemy jeden Kościół. Taka była wizja jego założyciela, księdza Blachnickiego, dzisiaj sługi Bożego. Trzeba pamiętać, że część małżeństw weszła do Domowego Kościoła bez wcześniejszego kontaktu z oazą i mogą gałąź młodzieżową postrzegać jako coś dodatkowego, dlatego tak ważne są te wspólne spotkania krajowe, diecezjalne, rejonowe, ale i parafialne. Chcemy razem się modlić, a potem razem ewangelizować. I tu widzę swoją rolę, żeby o tej jedności przypominać i pomagać w niej wzrastać.

Jak układacie plany na najbliższy rok, bardzo niepewny ze względu na epidemię?

Planujemy trochę po omacku, bo jesteśmy w pewnym zawieszeniu. Nawet jeśli chodzi o przyszłoroczne rekolekcje wakacyjne, bo przecież nie wiemy, jaka będzie sytuacja. Zrezygnowaliśmy z weekendowych wyjazdów na jesienne i wiosenne oazy modlitwy organizowane przez Diakonię Modlitwy. Ograniczyliśmy formację do krótkich spotkań na miejscu, a decyzję o ich formie zostawiamy rozeznaniu lokalnych grup.

Epidemia nie ogranicza jednak tej najważniejszej formacji, domowej, codziennego starania o budowanie więzi małżeńskiej. O co tu najbardziej trzeba dbać?

Na pewno o wspólną modlitwę małżonków, najlepiej codzienną, jeśli nie przeszkadza w tym np. praca na zmiany. Drugie to modlitwa rodzinna, z dziećmi, i osobista, namiot spotkania, czyli modlitwa słowem Bożym, który jest wspólną praktyką całego Ruchu. Oprócz tego bardzo ważny jest dialog małżeński, chociaż często parom wydaje się, że przecież stale rozmawiają ze sobą. Pytanie: o czym? O dzieciach, pracy, pieniądzach, planach, remontach… A tu jest czas na wypowiedzenie np. tego, co nas boli, a co czasem wychodzi dopiero przy kłótni. To taki specjalny czas, kiedy nie odbiera się telefonów, jeśli to możliwe, dzieci oddaje się pod opiekę dziadkom, żeby nic nie rozpraszało, żeby wsłuchać się w siebie nawzajem. Czasem małżonkowie myślą, że ona czy on nie musi nic mówić, bo wszystko o nim czy o niej wiem. To początek końca. Bo tu chodzi o to, żeby wysłuchać tego, co ta druga osoba myśli, co czuje. Żeby lepiej zrozumieć, dlaczego w taki sposób się zachowuje, dlaczego padły jakieś słowa. To ważny, chociaż – jak mówią małżeństwa – niekiedy trudny czas. I owocny, jeśli się z niego nie rezygnuje.

Od jak dawna związany jest Ksiądz z Ruchem Światło–Życie?

Już ponad 30 lat. Zaczęło się w mojej rodzinnej parafii w Tarnowskich Górach-Bobrownikach Śląskich.

Co Księdzu dał Ruch Światło–Życie?

Zawdzięczam mu przede wszystkim świadomą wiarę. Wcześniej byłem ministrantem, ale Ruch dał mi fundament, jakim jest świadoma decyzja wyboru Pana Jezusa jako mojego Pana. Oazie zawdzięczam też obraz Kościoła jako wspólnoty, którą wszyscy tworzymy i za którą jesteśmy odpowiedzialni. Przekonanie, że Kościół to my. Dał mi też zachętę do żywego, osobistego kontaktu ze słowem Bożym i formację liturgiczną. Można powiedzieć, że w świadomości liturgicznej dał mi nawet więcej niż formacja seminaryjna.

A w duszpasterstwie?

Doświadczenie oazowe pozwoliło mi patrzeć na siebie z dystansem. Jak to powiedział ksiądz Popiełuszko, nie dać się „w kapłaństwie skleszyć”. Nie zostać klechą, który żyje w swoim świecie, ale rozumieć ludzi. Ruch dał mi takie przekonanie, że trzeba rozmawiać z ludźmi, być z nimi blisko. Niektórzy księża mówią, że boją się wyjeżdżać na rekolekcje Domowego Kościoła, bo to jest takie bycie z małżeństwami na całego. Nie tylko Msza św. i katecheza, ale cały dzień jesteśmy razem. Tego nauczyłem się w oazie, bo tak też nasi moderatorzy i animatorzy spędzali z nami czas. To mi dało przekonanie, że tak trzeba. Podobnie w parafii nie mam oporu, żeby rozmawiać z ludźmi, otwierać drzwi probostwa. To daje doświadczenie wspólnoty, mówiąc trochę górnolotnie, wspólnoty w Kościele, która jest jednością. Chcę słuchać ludzi; tego, co myślą, co czują, czego oczekują. Żeby nie decydować o wszystkim samemu.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama