Nowy Numer 43/2021 Archiwum

Idziemy w jednym kierunku

O swoich nowych zadaniach, burzach i dialogu w małżeństwie opowiadają Ilona i Mariusz Nowińscy, nowa para diecezjalna Domowego Kościoła.

MIRA FIUTAK: Jak zostaje się parą diecezjalną?

MARIUSZ NOWIŃSKI: Bardzo prosto. Ostatnia para, kończąc swoją 3-letnią kadencję, przedstawia kandydatów na następców. Poza tym swoich kandydatów mogą zaproponować też pary rejonowe. Potem jest głosowanie, w którym wybiera się trzy małżeństwa. Moderator diecezjalny Ruchu Światło–Życie przedstawia je księdzu biskupowi i on podejmuje decyzję. ILONA NOWIŃSKA: Oczywiście wcześniej taka para musi wyrazić zgodę na kandydowanie.

Jakie są teraz wasze obowiązki? Z czym łączy się ta odpowiedzialność?

M.N.: Służymy takim samym małżeństwom jak my. Jestem tu przeciwnikiem słowa „lider”. Jesteśmy parą diecezjalną, nie liderami. I jesteśmy po to, żeby służyć Domowemu Kościołowi w naszej diecezji: organizować spotkania kręgu diecezjalnego, uczestniczyć w spotkaniach kręgów filialnych, organizować dni wspólnoty. Jesteśmy też odpowiedzialni za rekolekcje przygotowywane przez Domowy Kościół.

Na czym chcielibyście najbardziej skupić się w tej pracy?

M.N.: Przede wszystkim jesteśmy cały czas do dyspozycji, jeśli pojawiają się jakiejkolwiek problemy, sytuacje, które wymagają naszej interwencji. Chcemy też jak najlepiej poznawać się, bo w całej diecezji jest pięć rejonów. Dotychczas było około 60 kręgów, w każdym z nich jest od czterech do siedmiu par. Najliczniejszy jest rejon tarnogórski, który ma 35 kręgów. W związku z pandemią niektóre grupy nie spotykały się albo spotykały tylko przez internet. Dochodzą też do nas sygnały, że są małżeństwa, które zrezygnowały ze wspólnoty. We wrześniu mamy pierwsze po wakacjach spotkania kręgów i po nich będziemy wiedzieli, jak wygląda ta sytuacja. I.N.: Jeśli ubyłoby małżeństw, to trzeba połączyć pozostałe pary w kręgi albo stworzyć nowe. Tak, żeby wszyscy małżonkowie mieli swoje grupy. M.N.: Bolączką jest to, że jest nas mało, jednak chcielibyśmy, żeby ta wspólnota była widoczna na forum diecezji i poszczególnych parafii, byśmy dawali świadectwo przynależności do Kościoła i byli zachętą dla innych. Mając prawie 25-letnie doświadczenie Domowego Kościoła, uważam, że małżeństwa w nim wzajemnie się wzmacniają. Wszyscy idziemy w jednym kierunku, możemy sobie pomóc w wychowaniu dzieci, w konfliktach małżeńskich. Na spotkaniach jest czas na formację, ale też dzielenie się tym, czym na co dzień żyjemy. Zawsze pojawiają się pewne problemy, a tu inne małżeństwa mogą nam podsunąć jakieś rozwiązania.

Jak trafiliście do Domowego Kościoła?

I.N.: W 1996 roku pojechaliśmy na pielgrzymkę do Medjugorie i tam jeden z uczestników zaproponował nam wyjazd na rekolekcje Domowego Kościoła. I tak już zostaliśmy w nim. Tutaj przeżyliśmy nawrócenie, zmieniła się nam hierarcha wartości, grono znajomych. Wstąpiliśmy do Krucjaty Wyzwolenia Człowieka i trwamy w niej do dziś. Owocem tego wszystkiego jest inne spojrzenie na rodzinę. Gdyby nie Domowy Kościół, mielibyśmy pewnie tylko dwójkę dzieci. Byliśmy wychowani w czasach komuny, gdzie taki model funkcjonował. Nas w domu było troje i kiedy jechaliśmy na wczasy, nigdy nie było dla nas stolików na pięć osób. Teraz już jesteśmy szczęśliwymi dziadkami, mamy sześcioro wnucząt. Najstarsza córka też razem z mężem należy do Domowego Kościoła. To była ich decyzja, nie naciskaliśmy na to. Mają czwórkę dzieci z niewielką różnicą wieku, ale Agnieszka widzi po swoich młodszych siostrach, jaka to jest wartość. Rodzeństwo jest wtedy bardziej zżyte, lepiej się ze sobą dogaduje. W ich kręgu w sumie jest dwudziestka dzieci. Nasz syn ma 28 lat, też jest żonaty i mają dwoje dzieci. Kasia właśnie zdała maturę i rozpoczyna studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, wybrała amerykanistykę. A najmłodsza Oleńka ma 17 lat i uczy się w liceum.

Co daje wam formacja i wspólnota Domowego Kościoła?

I.N.: Wiarę… M.N.: …i miłość. W rodzinie nie ma nic ważniejszego. Wiadomo, że są dni radosne i burze, ale po tych burzach człowiek inaczej się godzi. Zaraz przychodzi refleksja, słowo „przepraszam”. I to powoduje, że miłość w nas wzrasta. Chcemy też innym pokazywać, że warto. I.N.: Dojrzeliśmy do decyzji o przystąpieniu do Krucjaty Wyzwolenia Człowieka i najpiękniejsze, co mąż mógł usłyszeć od swojego syna, to „dziękuję ci, tato, że nigdy nie widziałem cię pijanego”.

Byliście zrozumiani w tej decyzji o podjęciu krucjaty?

M.N.: Przez nasze dzieci tak, ale przez ogół dawnych znajomych na początku raczej nie. Część nas wyśmiała, ale są też tacy, którzy to rozumieją.

Ruch Światło–Życie nie jest już tak liczny jak kiedyś. Jaka jest teraz droga jego gałęzi rodzinnej?

I.N.: Trzeba jednak powiedzieć, że w skali kraju liczba kręgów nie zmniejsza się, a uczestnictwo w rekolekcjach raczej rośnie. W naszym rejonie może tych kręgów jest mniej, ale chcą należeć do nich małżeństwa wiedzące konkretnie, czego chcą, czego szukają. A szukają wsparcia we wspólnocie, żeby móc dobrze wychować swoje dzieci. Czasy są trudne i niekiedy wydaje nam się, że sami nie damy rady. Kiedyś pary bardziej przychodziły np. za namową księdza proboszcza. Teraz zgłaszają się małżeństwa, które chcą należeć do tej wspólnoty, bo poszukują czegoś konkretnego. I jestem przekonana, że jeśli będziemy umieli trzymać się razem i modlić w jedności, to wspólnota będzie kwitła. M.N.: Teraz też małżeństwa chętniej jeżdżą na rekolekcje, po prostu bardziej żyją tą wspólnotą.

Zadania pary diecezjalnej podejmujecie w czasie, w którym ze względu na epidemię trudno planować przyszłe wydarzenia.

I.N.: Najbardziej boleśnie odczuliśmy odwołanie wszystkich wakacyjnych rekolekcji, bo to najważniejsza formacja obok całorocznej pracy. Tam się naprawdę ładuje akumulatory na kolejny rok. M.N.: Niektórzy boją się spotykać. Oczywiście, trzeba być ostrożnym, ale też pamiętać, że jest jeszcze Ktoś, kto nad tym wszystkim czuwa. Jeśli należę do Ruchu Światło–Życie, to znaczy, że On jest moim światłem i moim życiem. Mam robić wszystko tak, jakby to zależało ode mnie, ale też dostosować się do tego, co jest Jego wolą. Przecież codziennie w „Ojcze nasz” mówimy „bądź wola Twoja…”.

W jaki sposób zachęcilibyście do tej wspólnoty małżeństwa, które nie znają Domowego Kościoła?

M.N.: W małżeństwie czasem jest radość i wesele, a innym razem gromy i pioruny. Są konflikty, nad którymi trzeba zapanować, rozwiązać je i żyć dalej. Niekiedy ciężko jest po jakiejś trudnej sytuacji uderzyć się w piersi i powiedzieć „narozrabiałem”. Bywa trudno, ale trzeba to zrobić. I to pogodzenie się powoduje, że nasza miłość jest coraz większa. Łatwej nam zrobić kolejny krok. Gdybyśmy nie trafili do Domowego Kościoła, to przy naszych temperamentach, impulsywności i zmęczeniu pracą jakieś mocne słowa mogłyby wszystko rozwalić. I.N.: Dzięki Domowemu Kościołowi nauczyliśmy się modlitwy małżeńskiej, w której bardziej poznałam mojego męża. Był raczej skrytym człowiekiem, nie lubił mówić o sobie, o tym, co czuje i myśli. Zrozumiałam w nim pewne rzeczy i też potrafiłam w różnych sprawach odpuścić. Owocem bycia w tej wspólnocie jest lepsze, bardziej dogłębne poznawanie siebie nawzajem, a dzięki temu inne spojrzenie na problemy. M.N.: Dialog Małżeński nas scala, coraz bardziej się rozumiemy. Mówimy o tym, co w nas jest dobre, co złe. Dzięki temu poznajemy też samych siebie. Czasem trzeba sięgnąć do swojego dzieciństwa, bo tam są korzenie różnych naszych zachowań. Pamiętam z rekolekcji w innej diecezji świadectwo jednego małżeństwa, które powiedziało: „Gdyby nie Domowy Kościół, to by nas razem już nie było”. Tak narosło wszystko między nimi, że byli gotowi na rozwód. Wtedy ktoś zaproponował im te spotkania. Poszli, zaczęli ze sobą rozmawiać i Pan Bóg ich połączył na nowo. Dlatego zapraszamy wszystkie małżeństwa do Domowego Kościoła, bo to jest lekarstwo, a zarazem radość w poznawaniu miłości małżeńskiej, miłości rodzicielskiej i rodzinnej. • mira.fiutak@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama