Nowy numer 49/2020 Archiwum

Zdajemy życiowy egzamin

O służbie, życiu i wieczności mówią o. Andrzej Chorążykiewicz MI, dyrektor Domu Pomocy Społecznej prowadzonego przez zakon kamilianów w Zabrzu, oraz Ewa Stylec i Wojciech Blicharski, którzy pracują w nim jako opiekunowie.

Mira Fiutak: Z okazji uroczystości św. Kamila zapraszaliście wszystkie Domy Pomocy Społecznej w mieście na wspólne świętowanie. Jak będzie w tym roku?

O. Andrzej Chorążykiewicz: Nie będzie różnicy w tym sensie, że św. Kamil jest patronem chorych, zawsze służył chorym, także dotkniętym zarazą. I my również takie zadania podejmujemy. Zmieni się sposób organizacji – świętujemy tylko w swoim gronie, u nas w ogrodzie.

Od marca wszyscy znaleźliśmy się w nowej sytuacji. W takich miejscach jak wasz dom było to i ciągle jest szczególnie trudne.

Wojciech Blicharski: Początek był bardzo stresujący. Zresztą dalej jest stres, kiedy myślę o tym, co by się stało, gdyby do nas dostał się ten wirus. Wiem, że Pan Bóg nas chroni, ale ze swojej strony trzeba robić wszystko, co jesteśmy w stanie. Ewa Stylec: Jeśli chodzi o mnie, to były obawy, ale strach nie do końca. Oczywiście, że myślałam, co to będzie, jak przyniesiemy tu wirusa. Był strach związany z tym, że nie chcę być przyczyną takiej sytuacji. Świadomość, że wzięłoby się to ode mnie, byłaby dla mnie trudna. Natomiast nauczyłam się już nie bać o siebie. Jestem w grupie podwyższonego ryzyka, przeszłam chorobę onkologiczną. Staramy się podchodzić do pracy bez zbędnej paniki, żeby też nie wystraszyć mieszkańców. Tutaj trudno jest czasem zachować dystans, np. przy toalecie. o. A.Ch.: Sytuacja była dla nas trudna, bo mieliśmy niedobory pracowników na pierwszej linii, czyli opiekunów zajmujących się mieszkańcami. Potem jeszcze kilku osób z różnych przyczyn zabrakło i zespół został mocno okrojony. A zadania były coraz większe, doszedł strach. Ja do dzisiaj boję się bardzo i nie ukrywam tego. Bardzo się boję o naszych mieszkańców. O to, żebyśmy – gdyby ta zaraza przyszła – zapewnili im godne przeżycie tego czasu zarażenia i, nie daj Boże, także umierania. Bardzo boję się o moich pracowników i ich rodziny. Widzę ten cały zastęp ludzi, ich dzieci, starszych rodziców. Kolejny strach jest o moich współbraci, o rodzinę i przyjaciół, z którymi kontakty musiałem bardzo ograniczyć. I na końcu jest strach o mnie samego.

Można powiedzieć, że skonkretyzował się kamiliański ślub służenia chorym nawet z narażeniem życia?

o. A.Ch.: Wstąpiłem do zakonu 44 lata temu. Do marca tego roku nie spodziewałem się, że zostanę zaproszony do takiej służby. Przy chorych na AIDS ryzyko zarażenia było minimalne. Tu natomiast rzeczywiście realizuję to, co kiedyś Panu Bogu, samemu sobie i wspólnocie ślubowałem. Ten strach przełożył się na praktyczne działanie – jak zabezpieczyć tu wszystkich, a właściwie bardziej przygotować na tę sytuację; być nieustannie z nimi, żeby wiedzieli, że nie są sami w tym momencie. Te zewnętrzne rzeczy – maseczki, środki dezynfekcyjne, fartuchy – to jest dodatek. Najważniejsze jest w naszej głowie.

Jak radziliście sobie w tym czasie niedoboru personalnego wśród opiekunów?

E.S.: Było ciężko, bo było zmęczenie. Ale tak naprawdę przeraża mnie myśl, że trzy- czy czteroosobowa załoga miałaby zostać tu na 14 dni. Myślę o Wojtku, który nie będzie widział swojej żony i córki, czy o Basi, która samotnie wychowuje syna.

Jaki Ojciec ma plan na taką sytuację?

o. A.Ch.: Myślę, że takie plany ma Pan Bóg, a nie ja. Trzeba Mu głęboko zaufać. Jedno wiem na pewno: że ich nie zostawię, bo są moi – mieszkańcy i pracownicy. W różnych sytuacjach ekstremalnych, które tu się zdarzały, potrafiliśmy wyjść obronną ręką z pomocą Bożą. W świadectwie pani Ewy i pana Wojtka słychać, że my tu niczego na siłę nie robimy. Po prostu jesteśmy. A najpierw jest Pan Bóg. Naszym szczęściem było, że w czasie zarazy, kiedy kościoły były zamknięte i ludzie szukali księdza do sakramentu, tu było wszystko. Codzienna Msza św. i Komunia to jest ta moc. Nieustanna modlitwa naszych mieszkańców za pracowników daje nam tę siłę. Mam nadzieję, że Pan Bóg nas uchroni, ale gdyby pojawiła się zaraza, to jesteśmy gotowi na tyle, na ile potrafimy. Może się okazać, że ktoś wewnętrznie tego nie wytrzyma, będzie musiał pauzować, ale nikogo nie skreślimy i nie napiętnujemy. Tworzenie na bieżąco rozwiązań jest ważniejsze niż odgórne plany, chociaż organizacyjnie jesteśmy przygotowani. Wiemy, gdzie będzie wydzielona część dla osób zarażonych i pracowników, którzy wykonywaliby posługę w tym momencie. To będzie życiowy egzamin. Zresztą moi pracownicy taki egzamin już zdają, może nawet nie wiedząc o tym.

Ograniczenia w życiu codziennym związane z epidemią w waszym przypadku są większe niż u innych ludzi. Jak długo można tak żyć?

E.S.: Jest ciężko. Wszyscy ograniczyliśmy kontakty do minimum. Moją mamę od marca widziałam tylko raz i jest to trudne. Ostatnio poprosiłam ojca o przesunięcie urlopu na lipiec, bo wtedy mam kontrolę w Instytucie Onkologii, a to zawsze ryzyko. Wolę ten czas po wizycie spędzić na urlopie i potem ze spokojem przyjść do pracy. W.B.: Ciągle trzeba pamiętać, że to nie jest jeszcze za nami, a widać pewne rozluźnienie społeczne. Mamy skłonność patrzeć na statystyki. Widzimy w nich 3 procent i myślimy: cóż to jest. A kiedy myślę konkretnie o tutejszych mieszkańcach czy o mojej koleżance z pracy, która jest w grupie ryzyka, to już to wygląda inaczej.

Wasza praca nigdy nie była łatwa. Co zweryfikował ten trudny czas?

W.B.: Takim prawdziwym sprawdzeniem byłoby, gdybyśmy musieli zmierzyć się z zarażeniem w naszym domu. Wierzę, że nie jestem tu przypadkowo. Po studiach psychologicznych trudno mi było znaleźć pracę na cały etat w moim zawodzie. Postanowiłem pójść na kurs opiekuna „Młodzi na start”, ale z zamiarem, że będzie to zajęcie na pewien czas. Dzisiaj w tym, że tutaj pracuję, widzę Boże prowadzenie. Tutejsze doświadczenie bezpośredniego kontaktu z człowiekiem to coś, czego nie wyczytałbym w książkach i nie usłyszałbym na wykładach, chociaż musiałem przedrzeć się przez wizję samego sobie, wątpliwości, że nie robię tego, do czego przygotowywałem się na studiach. Czasem coś wydaje się nam przypadkowe, a w tym jest Boży plan. W tej pracy pomaga mi codzienna Msza św. Bez tego byłoby cienko, bo człowiek musi się chwytać Bożej łaski. E.S.: To praca, która przynosi satysfakcję, bo czuję się w niej potrzebna. Mało kto chce ją wykonywać. Jest wyczerpująca fizycznie, trudno też patrzeć na cierpienie, na śmierć. Nie każdy poradzi sobie z toaletą mieszkańców. Dla mnie ważne jest każde ich „dziękuję”, uśmiech, słowa: „siostro, pomodlę się za ciebie”.

Jak tłumaczycie mieszkańcom, że bliscy nie mogą ich teraz odwiedzić?

E.S.: Ja mówię im wtedy, że jeżdżę tylko do pracy, idę do sklepu i jestem w domu, bo boję się o nich. I swojej mamy też nie mogę odwiedzać, bo gdybym ją zaraziła, to ona by sobie z tą chorobą nie poradziła. Wtedy słyszę: „Naprawdę, siostro? To jakoś wytrzymamy”. o. A.Ch.: Kiedy zaczęła się zaraza, podjęliśmy decyzję, że blokujemy dom. Rodziny mogą tylko przekazywać paczki. Raz zgodziłem się na odwiedziny pani w ciężkim stanie, z pełnym zabezpieczeniem. Pani nadal żyje, a z córki i wnuczek zszedł stres, bo spotkały się z nią. Mieszkańcy mają też swoje uroczystości. Pani Danuta ostatnio obchodziła 80. urodziny. Wszystko musiało zostać przemodelowane. Była Msza Święta tylko w naszej wspólnocie, rodzina przysłała prezent i kwiaty. Inaczej być nie mogło. Pan Szymon obchodził 30-lecie sakramentu małżeństwa. Żona w domu zamówiła Mszę w parafii, on miał Mszę tutaj. To jest dla mnie jeden z najtrudniejszych egzaminów – jak znaleźć dobrą formę kontaktów z rodzinami. Dzisiaj przyjmowaliśmy nową mieszkankę. Odprowadzała ją cała grupa ludzi. Bardzo chcieli wejść, zobaczyć, gdzie będzie mieszkała, a my zatrzymaliśmy ich przy bramie. Wtedy serce mi się kraje. Najtrudniejsze, co musieliśmy Panu Bogu ofiarować w tej zarazie, to kontakt w naszych relacjach. Proszę Ducha Świętego, żeby znaleźć rozwiązanie tej sytuacji, nie narażając nikogo. Na razie nie mam pomysłu. To jest dla mnie najtrudniejsze.

Sytuacja związana z epidemią ujawniła różne nasze lęki.

o. A.Ch.: Boimy się koronawirusa, bo boimy się umierania z powodu choroby, którą wywołuje. Uciekamy od tematu śmierci, naszej i naszych bliskich. Niedawno zaskoczyła nas śmierć 67-letniego mieszkańca naszego domu, Andrzeja. Położył się w niedzielę po południu, aby odpocząć... i przeszedł do wieczności. W.B.: Kiedy człowiek pracuje w takim miejscu, to bardziej ma świadomość tego, że nie znamy dnia ani godziny i trzeba być gotowym na ten moment. Może to okazja dla nas jako społeczeństwa, żeby skonfrontować się z tą rzeczywistością. Na Zachodzie śmierć jest tak bardzo wypchnięta ze świadomości ludzi, że wiele rodzin nie odbiera nawet prochów swoich bliskich. o. A.Ch.: Ja jestem gotowy na śmierć. Czasem, kiedy idziemy z mieszkańcami w okolicy Wszystkich Świętych na groby, jeden znicz zapalam dla siebie. To mocno porządkuje pewne rzeczy. Ostatnio zaskoczyła mnie jedna z mieszkanek prośbą o spowiedź. Z zasady, jako odpowiedzialny za dom, nie posługuję tym sakramentem, dlatego powiedziałem, żeby poczekała na ojca Sławomira, który tu pracuje. A ona: „Chcę być gotowa”. Zapytałem: „Na co?”. „Jak to na co, na śmierć” – usłyszałem. Nie pozostało mi nic innego jak złapać za stułę. Jako pracownicy tego domu jesteśmy w tajemnicy śmierci, misterium moriendi, ale to jest tylko umieranie. To nie jest koniec, to tylko przechodzenie. E.S.: Nie jestem gotowa tak, jak ojciec, ale dzięki towarzyszeniu kilku osobom w odchodzeniu w tym domu oswajam się ze śmiercią.

Jak się przygotować na czas starości, żeby ją dobrze przeżywać?

o. A.Ch.: Muszę kochać siebie i muszę być pewny na milion procent, że Pan Bóg mnie kocha – i teraz, kiedy jestem młody, i na starość. To trzeba przepracowywać w sobie nieustannie. Tego nie da się załatwić ani na początkowym, ani na końcowym etapie życia. Mówi się, że starość Panu Bogu się nie udała. Nieprawda. To my nie umiemy jej odczytać. Trzeba pokochać ją razem z Nim, bo Pan Bóg kocha moją starość. mira.fiutak@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama