Nowy numer 42/2020 Archiwum

Trzeba nauczyć się z tym żyć

O nowej codzienności Domu Pomocy Społecznej Caritas w Wiśniczach opowiadają dyrektor Krystian Bambynek, terapeutki Regina Pławszewska i Barbara Holesz oraz mieszkanka Teresa Kłak.

Mira Fiutak: Jak bardzo zmieniło się wasze życie w tym ostatnim czasie?

Krystian Bambynek: Ten czas wszystkich zaskoczył. Jeśli chodzi o naszych mieszkańców, to były postawy niezrozumienia czy nieświadomości sytuacji, w której się znaleźliśmy, ale też przyjęcia tych niedogodności. Na pewno największym ograniczeniem jest brak kontaktu z rodziną, co w różny sposób staramy się rekompensować.

Barbara Holesz: Umożliwiliśmy kontakt z rodzinami przez aplikacje WhatsApp, Messenger czy przez Skype’a, chociaż to nie to samo co kontakt bezpośredni. Mieszkańcom brakuje też przebywania razem, świętowania urodzin, jakichś okrągłych rocznic czy spotkań z innymi domami pomocy społecznej. K.B.: Ostatnim takim dużym wydarzeniem był bal karnawałowy. Planowane były różne uroczystości. Jeden z naszych mieszkańców obchodzi właśnie 80. urodziny. Miał przyjechać jego brat z Niemiec, miała być duża impreza w naszym klubie seniora... Gdyby nie epidemia, przygotowywalibyśmy się właśnie do pikniku. Bo to jest czas, kiedy obchodzimy rocznicę poświęcenia naszego domu, wspomnienie św. Brata Alberta, który jest patronem Caritas Diecezji Gliwickiej, i rocznicę poświęcenia przez Jana Pawła II tablicy, która znajduje się na budynku.

Jak wyglądają teraz zajęcia terapeutyczne?

Regina Pławszewska: Przede wszystkim staramy się utrzymywać mieszkańców w dobrej kondycji psychicznej. Terapia opiera się głównie na zmianie ich myślenia, żeby nie żyli tym, co oglądają w telewizji, ale tym, co dzieje się u nas. Dawną aktywność rekompensujemy innymi zajęciami, np. zakładamy nowe akwarium, hodujemy ptaszki, uprawiamy kaktusy. Każdy ma swoją ulubioną działkę, a my staramy się odwracać myśli mieszkańców od tych smutnych tematów. Na przykład pan Władysław, który pielęgnuje róże przed budynkiem, kiedy tylko wyszedł na spacer, od razu zabrał się do pielenia. Mieszkańcy, wychodząc do ogrodu, są pod opieką terapeuty i nie spotykają się z nikim z zewnątrz. Poza tym ograniczyliśmy terapię grupową, na której gromadziło się po kilkanaście osób. W tej chwili to są maksymalnie dwie osoby, a bardzo często jedna. To zachęca mieszkańców do rozmowy.

Zmieniły się tematy waszych rozmów?

R.P.: Tak. Dużo rozmawiamy o rożnych obawach mieszkańców. O tym, czy rodzina pamięta, skoro tak długo nie przyjeżdża, o ich strachu o zdrowie bliskich. K.B.: Na zewnątrz budynku postawiliśmy skrzynki, do których rodziny mogą wkładać paczki. Po czasie kwarantanny zanosimy je mieszkańcom. To też dla nich jakaś forma bliskości i pamięci. Jest także możliwość rozmowy przez telefon i widzenia się przez szybę holu. Gdy stan zdrowia mieszkańca jest bardzo ciężki, umożliwiamy kilkunastominutowe odwiedziny, oczywiście przy odpowiednim zabezpieczeniu. Do tej pory odbyły się dwie takie wizyty. Wszystkie rodziny są też w kontakcie z kierowniczką działu opiekuńczo-terapeutycznego. Teresa Kłak: Tak jak wszyscy, tak samo my tutaj musieliśmy pogodzić się z tymi ograniczeniami, bo taka jest konieczność. Nie chcę, żeby rodzina przyjeżdżała do mnie, bo taka rozmowa przez szybkę byłaby dla mnie przykra. Ostatnio widziałam się z mężem 11 marca, ale to też już na odległość. Codziennie rozmawiamy przez telefon. Parę razy w ciągu dnia on zdaje relację z tego, co robi, ja opowiadam, jak mija mi dzień.

Czego jeszcze brakuje Pani oprócz kontaktów z rodziną?

T.K.: Tej wolności, żebym mogła pojechać gdzieś dalej, bo poruszam się na wózku elektrycznym. Zawsze odwiedzałam sąsiednie wsie. Mieszkam tu 12 lat, więc mam już sporo znajomości. I tego mi najbardziej brakuje, ale nie chciałabym nikogo narażać. Teraz tylko z daleka możemy sobie pomachać, kiedy jestem w naszym ogrodzie, a ktoś akurat przechodzi drogą.

Czym zastępuje sobie Pani ten brak?

T.K.: Przede wszystkim książką, mam cały stos w pokoju do przeczytania. W telewizji głównie powtórki i polityka, to wolę poczytać. Poza tym szukam sobie różnych zajęć, żeby nie nudzić się i nie denerwować tym, co mnie ogranicza. Porządkuję szuflady, układam różne rzeczy. Bo cóż mogę zrobić, nie przeskoczę tej sytuacji. A teraz mogę jeszcze mniej, to staram się jakoś urozmaicić sobie ten czas.

Od kiedy dom jest zamknięty dla odwiedzających?

K.B.: Zanim jeszcze pojawiła się epidemia. Praktycznie dwa razy w roku – jesienią i wiosną – pojawiają się wzmożone infekcje. Z tego powodu już na początku marca razem z lekarzem wprowadziliśmy ograniczenia w odwiedzinach, a po tygodniu zupełny zakaz. Mieszkańcy są wspólnotą domową, a rygor epidemiczny dotyczy przede wszystkim nas, personelu. I tu trzeba dużej samodyscypliny.

Teraz już trochę wszyscy oswoiliśmy się z tą sytuacją, ale na początku był strach?

K.B.: Oczywiście. Obawy, że pojawi się koronawirus, mieliśmy wszyscy – i personel, i mieszkańcy. To duży dom, przeznaczony dla 100 osób. W porę wprowadziliśmy zakaz odwiedzin, pracę zdalną administracji. A i tak cztery osoby, w tym ja, były w kwarantannie po kontakcie z zarażoną osobą z zewnątrz, która odwiedziła nasze biuro.

Po pracy wracacie do swoich domów i tu też pewnie są obawy.

B.H.: Przede wszystkim miały je nasze rodziny, bo przecież pracujemy w miejscu, gdzie stykamy się z dużą liczbą osób. Teraz już wiemy, że po prostu musimy zachowywać dystans i wszystkie środki ostrożności. Trzeba nauczyć się z tym żyć. Staramy się nie jeździć na jakieś duże zakupy związane z dłuższym chodzeniem po sklepach, nie spotykać się z osobami, od których moglibyśmy się zarazić, nie planujemy wyjazdów wakacyjnych. Tutaj jest teren wiejski, to też jest łatwiej, bo dystans między ludźmi jest większy. K.B.: Dbamy też o to, żeby pracownicy poszczególnych działów – takich jak kuchnia, pralnia czy prowadzący zajęcia terapeutyczne – byli odizolowani od siebie. Na szczęście mamy tu dużą przestrzeń, gdzie łatwiej to wszystko zorganizować.

Czy, podobnie jak w innych miejscach, borykaliście się w tym najtrudniejszym czasie z brakami kadrowymi?

K.B.: Kilka osób było nieobecnych ze względu na opiekę nad dzieckiem czy chorobowe. W przypadku jednej pielęgniarki, która pracuje również w innym DPS-ie i w szpitalu, ustaliliśmy, że w tym czasie nie będzie do nas przychodziła.

Jako cała placówka mieliście przeprowadzone testy?

K.B.: Były planowane, ale ze względu na sytuację, która zaistniała w kopalniach, zostały wstrzymane. Do tej pory testy mieli tylko ci pracownicy, którzy byli w kwarantannie, i mieszkańcy, którzy z różnych powodów trafili do szpitala. Osoby powracające ze szpitala i przyjmowane do naszego domu są przez dwa tygodnie odizolowane i przebywają pod stałą kontrolą lekarza. Teraz zaczynają się już konsultacje medyczne, które w początkowym czasie epidemii były ograniczone. Musimy pamiętać, że nasi mieszkańcy mają wiele chorób, które stale trzeba leczyć. Myślę, że u nas, podobnie jak w szpitalach, te podstawowe ograniczenia związane z epidemią szybko się nie skończą.

A potrzeby duchowe mieszkańców?

K.B.: Przez cały czas otwarta jest kaplica i dostępna posługa tutejszego księdza proboszcza Andrzeja Biwo. Niektóre nabożeństwa prowadzone są przez pracowników. Nasza terapeutka Regina zastąpiła na ten czas organistkę, która przychodzi z zewnątrz. Prowadzi za nią też scholę. Dzięki temu zaczęły się już próby, bo widzimy, że mieszkańcom bardzo brakuje tych spotkań. Scholę przez lata prowadził nasz kapelan ks. Jan Plichta, który zmarł przed rokiem.• mira.fiutak@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama