Nowy numer 29/2021 Archiwum

Nie planuję już niczego

O wykarczowanej dżungli, pseudoewangelickich sektach i koronawirusie w boliwijskich wioskach rozmawiamy z ks. Arturem Chwaszczą, misjonarzem z diecezji gliwickiej, który przez pandemię utknął w Polsce i od trzech miesięcy nie może wrócić do Ameryki Południowej.

Szymon Zmarlicki: Przedłużony urlop? Przymusowa izolacja? A może misje w misji?

Ks. Artur Chwaszcza: Akurat tym razem to nie urlop. Do Polski przyleciałem 28 stycznia na miesiąc w celach zdrowotnych, żeby zrobić konieczne badania i poddać się zabiegowi usunięcia kamienia z nerki. Wszystko przebiegło pomyślnie, ale ponieważ szpital przesunął termin zabiegu, musiałem też zmienić termin powrotu do Boliwii. Bilet miałem zarezerwowany na 16 marca, a dzień wcześniej Polska zamknęła granice i zawiesiła międzynarodowe loty pasażerskie.

Czy w ogóle widać jakiekolwiek perspektywy powrotu?

W tym momencie, kiedy rozmawiamy – żadnych. Nawet po otwarciu granic w Unii Europejskiej nie ma możliwości podróży, bo trasa wiedzie przez Brazylię, więc nie wiadomo, kiedy będzie można tam polecieć. Poza tym i tak wciąż zamknięte granice ma sama Boliwia, a na razie władze nie zapowiadają ich otwarcia. Zresztą, nawet gdyby do tego doszło, to mogą nie być wpuszczane osoby z Brazylii, gdzie sytuacja związana z pandemią jest dramatyczna.

Jak spędza Ksiądz ten nieplanowany, już kilkumiesięczny pobyt w Polsce?

Mieszkam w domu z ojcem, a w niedziele pomagam w parafii w Nowym Chechle. Tęsknię za moimi parafianami i czuję żal, że nie mogę teraz z nimi być.

A ma Ksiądz z nimi jakikolwiek kontakt?

Oczywiście, na bieżąco kontaktuję się przez Whats- Appa z liderami i katechistami poszczególnych wspólnot. A w każdą niedzielę w kościele w Nowym Chechle celebruję po hiszpańsku Mszę Świętą za parafian, która jest transmitowana na YouTubie. Ponieważ w Boliwii kościoły są pozamykane, rodziny spotykają się i mogą przez internet uczestniczyć w Eucharystii.

„Wiem tyle, że jest to dżungla” – tak przed wyjazdem na misje w wywiadzie dla „Gościa Gliwickiego” mówił Ksiądz o miejscu, do którego jechał. Co z perspektywy tych kilku lat może Ksiądz opowiedzieć o swojej parafii?

Na samym początku przez kilka miesięcy pracowałem w parafii z innym księdzem, Boliwijczykiem, żeby poduczyć się języka i poznać zwyczaje. Pod koniec 2013 roku biskup ustanowił mnie administratorem małej parafii La Asunta, gdzie było siedem wiosek. Tam spędziłem cztery lata. Później biskup przeniósł mnie do innej placówki, gdzie są dwie parafie – Świętej Klary i Matki Bożej z Góry Karmel. Pierwsza ma kilka wiosek, druga – ponad 20. Są tam siostry służebniczki, które pomagają mi w duszpasterstwie w części wiosek, na co dzień współpracuję też z osobami świeckimi.

I faktycznie to jest dżungla?

Nie, z dżunglą to nie ma już nic wspólnego. Owszem, klimat jest tropikalny, ale otoczenie raczej agrarne. Ludzie masowo wycinają drzewa, zresztą zeszłoroczne pożary Amazonii były właśnie po to, żeby powstały nowe obszary pod pola uprawne. Ale one nie są własnością mieszkańców. Często jeden człowiek z miasta ma tysiące hektarów, a miejscowi tylko na nich pracują.

W Polsce parafię kojarzymy zwykle z jednym kościołem i określonym terytorium miasta czy wsi. Praca duszpasterska na takim obszarze zapewne bardzo różni się od tego, co my znamy?

Wszystko zależy od danej wioski, bo każda ma inną specyfikę. Jest dużo różnych kultur. Mieszkańcy przesiedleni z gór, którzy przyszli na dół do tropików, są bardzo zamknięci i dużo chętniej zajmują się uprawą roli niż Kościołem, natomiast dbają o sakramenty dla swoich dzieci i młodzieży. W niektórych wioskach jest lider – katechista i takiej osobie można powierzyć lekcje religii w szkole czy przygotowanie do Pierwszej Komunii lub sakramentu bierzmowania. Wówczas dojeżdżam do tego miejsca raz w tygodniu, żeby odprawić Mszę Świętą. Z kolei w innych wioskach nie ma takich osób, które mogłyby zająć się kaplicą czy katechezami, więc jeżdżę tam dwa lub trzy razy w tygodniu. Czasami wysyłam świeckich z miejscowości, w której sam mieszkam, bo mam z nimi lepszy kontakt. Jednak parafianie wolą, kiedy przyjeżdża ksiądz lub siostra zakonna. Tam, gdzie jest to możliwe, duszpasterstwo jest prowadzone niemal codziennie. Ale jest też kilka wiosek, do których docieram tylko raz w miesiącu albo „od fiesty”, czyli w większe święto. Taką fiestą zawsze jest na przykład rocznica powstania wioski.

Ilu mieszkańców i parafian zwykle liczą te wioski?

Są takie wioski, gdzie mieszka tylko 15 rodzin, są też takie, gdzie jest ich 250. W jednej z moich parafii była powódź i wiele osób przeniosło się z głębokiego pola w pobliże asfaltowej drogi, tworząc nową osadę. Przez to sporo wiosek opustoszało, ale pozostałe w nich rodziny bardzo pragną duszpasterstwa i obecności księdza, bo przyjeżdżają też do nich sekty ewangelickie i namawiają na swoją „wiarę”, a dużo ludzi daje się im przyciągnąć.

Sekty ewangelickie?

Z Kościołem ewangelickim to nie ma zbyt wiele wspólnego. Oni tylko sami siebie nazywają ewangelikami. Działa to na takiej zasadzie, że jest pastor, który ma rodzinę, i jeśli znajdzie zwolenników, którzy będą mu płacić dziesięcinę, to może zbudować sobie kaplicę i głosić słowo Boże, a swój „kościół” nazwie, jak chce. Są całe sieci takich kościołów i kaplic prowadzonych przez sekty ewangelickie, jak np. Asamblea de Dios Boliviana, ale są też pojedyncze sekty z nazwami wziętymi z księżyca, byle tylko miały zwolenników i zapewnione utrzymanie. Jest z nimi dużo problemów, bo walczą z Kościołem katolickim, w zasadzie cała ich nauka opiera się na kontrze wobec katolicyzmu i szerzeniu nienawiści. Chociaż są też tacy pastorzy, z którymi można się dogadać i spokojnie żyć. W mojej wiosce jest jedna kaplica ewangelicka i z jej pastorem nie wchodzimy sobie w drogę, gdy chodzi o ewangelizację, a nawet potrafimy współpracować. Przez dwa lata razem działaliśmy w szkole, bo on był odpowiedzialny za komitet rodzicielski, a ja byłem koordynatorem z ramienia Kościoła katolickiego. Wszystko zależy od konkretnego człowieka i tego, jaki jest.

A w każdej z tych wiosek, do których Ksiądz dojeżdża, jest katolicka kaplica lub inne miejsce kultu?

Nie w każdej. Jest tylko kilka kaplic, a w pozostałych wioskach Msze Święte odprawiam w szkole albo przy którymś z domów. Ludzie gromadzą się na placu i tak uczestniczą w Eucharystii. Są wioski, w których ludzie chcą zbudować kaplicę, ale wiadomo, że przez brak funduszy i problemy organizacyjne to nie jest takie proste.

Kilka tygodni temu w mediach pojawił się apel polskich misjonarzy z Peru, którzy prosili o pomoc, gdy ich sytuacja w związku z pandemią koronawirusa stała się bardzo trudna. Jak to wygląda w Boliwii i w wioskach, gdzie Ksiądz pracuje?

Do Boliwii dociera pomoc z Europy i Stanów Zjednoczonych. Do każdej parafii trafia żywność, która jest rozdzielana między najbardziej potrzebujących i wystarcza na trzy miesiące. W naszej parafii koordynuje to w moim imieniu siostra przełożona, która ma namiary na osoby z poszczególnych wiosek i dzięki temu może rozdysponować te dary wśród najbiedniejszych rodzin, które nie mają utrzymania. Ludzie są zlęknieni i bardzo się boją, bo w każdej wiosce ktoś jest już zarażony, a liczby nowych zarażeń i zgonów są coraz wyższe.

W Boliwii wypracowano ciekawy system społecznej kwarantanny. Na czym on polega?

Każda osoba może raz w tygodniu wyjść z domu na zakupy. Dzień, w którym może to zrobić, wskazuje ostatnia cyfra numeru dowodu osobistego – 0 i 1 oznaczają poniedziałek, 2 i 3 – wtorek… I tak dalej aż do piątku. W soboty i niedziele jest całkowity zakaz wychodzenia. Ta zasada jest przestrzegana w miastach, chociaż i tam czasami gromadzą się większe tłumy na protestach. Biorą w nich udział głównie ludzie przesiedleni z gór. Natomiast w wioskach nikt tego nie kontroluje i każdy porusza się, jak i kiedy chce. Na granicy wioski, w której mieszkam, znajdują się punkty dezynfekcji osób i pojazdów. Nikt z zewnątrz nie jest wpuszczany, ale mieszkańcy tej wioski jeżdżą do miasta i wracają do niej, więc to bez sensu, bo tak samo mogą przywieźć wirusa. Jakieś działania są podejmowane, ale towarzyszy temu totalny brak odpowiedzialności, pilnowania siebie, przestrzegania zasad i spojrzenia na to jak na większy problem. Dopiero teraz, gdy dużo ludzi się pozarażało, wszyscy zaczęli się bać i nie wiadomo, jak dalej się to wszystko potoczy.

Jaka jest kondycja opieki medycznej nad chorymi?

System zaczyna już być niewydolny. Z tego, co wiem, brakuje łóżek w szpitalach w mieście, a u nas w wiosce, gdzie mamy mały szpital parafialny, niedawno jednemu lekarzowi wyszedł dodatni wynik. Szpital trzeba było zamknąć, a wszyscy pracownicy i pacjenci są na kwarantannie. Teraz cała wioska się boi, bo wiadomo, że każdy miał kontakt z kimś, kto może być zarażony, a leczyć już nie ma gdzie.

Ma Ksiądz jakieś plany, gdy już uda się wrócić do Boliwii?

Szczerze mówiąc, czas pobytu w Polsce i bezradności sprawił, że nie planuję już niczego. Po prostu zostawiam to Panu Bogu. Pojadę tam, dokąd mnie pośle, i wykonam to, co trzeba będzie zrobić. • szymon.zmarlicki@gosc.pl

Ksiądz Artur Chwaszcza

Pochodzi z parafii św. Jadwigi w Zabrzu. Święcenia kapłańskie przyjął w 2005 r. Przez siedem lat posługiwał w parafiach diecezji gliwickiej. Do pracy misyjnej przygotowywał się przez rok w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie. Do Boliwii wyjechał w 2013 roku. Od trzech lat jest proboszczem dwóch parafii na terenie wikariatu apostolskiego Ñuflo de Chávez, którego wikariuszem apostolskim jest polski biskup Antoni Bonifacy Reimann OFM.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama