Nowy numer 44/2020 Archiwum

Nikt nie zdezerterował

O dzieciach z zamkniętej świetlicy, sytuacji w Zakładzie Opiekuńczo- -Leczniczym i przełamywaniu strachu w epidemii mówią s. Izabella Kępa i s. Andrzeja Ochman, sercanki z klasztoru w Bytomiu.

Klaudia Cwołek: Jak żyje się w miejscu, gdzie działają instytucje służące dwóm różnym grupom o wysokim ryzyku rozprzestrzeniania się koronawirusa?

Siostra Andrzeja Ochman: Niestety, od momentu ogłoszenia wszystkich obostrzeń związanych z epidemią nasza świetlica jest zamknięta. Nie ma dzieci, nie ma wychowawców, pozostał nam jedynie kontakt telefoniczny, mejlowy i sporadyczne spotkania.

Ile dzieci do was przychodziło przed epidemią?

S.A.: Świetlica przygotowana jest na 30 dzieci i cały czas mieliśmy komplet. Działaliśmy od poniedziałku do piątku, od 14.00 do 18.00. To jest czas na odrabianie zadań, wspólne zajęcia, zabawy i kolację. Z powodu epidemii wszystko się urwało i co tydzień dostajemy pismo informujące o przedłużeniu zakazu i z zachętą do prowadzenia zajęć online. Ale wiadomo, że to nie jest to samo i nie zastąpi normalnego kontaktu. Na odległość dziecko nie powie, co dzieje się w domu, a zdarzają się bardzo trudne sytuacje, o których już się nie dowiadujemy i nie możemy pomóc. Zachęcamy dzieci, żeby przychodziły po jedzenie, bo wtedy można przynajmniej zamienić parę słów. Ale z niektórymi rodzinami zupełnie straciłyśmy kontakt i przez szkołę też nie udało nam się go nawiązać. Nie wiemy, jak się im teraz żyje. Siostra Izabella Kępa: Świetlica w naszym klasztorze działa już 19 lat i dziwnie się z tym czujemy, że teraz jest pusta. Siostra Andrzeja ten czas wykorzystała na malowanie, naprawy, drobne remonty. Wszystko jest gotowe i czeka na dzieci. Powrót będzie bezpieczny, bo pomieszczenia świetlicy znajdują się na parterze, jest osobne wejście i oddzielony plac zabaw z boiskiem. Natomiast Zakład Opiekuńczo-Leczniczy zajmuje drugie piętro naszego domu i drugi budynek, który znajduje się za naszym klasztorem. Oczywiście cały ZOL jest zamknięty dla odwiedzających. Ta sytuacja trwa od 9 marca.

Co w związku z tym zmieniło się w funkcjonowaniu zakładu?

S.I: W środku życie aż tak bardzo się nie zmieniło, bo pacjentki jak były, tak są, jak chorowały, tak chorują dalej. Robimy wszystko, żeby niczego im nie brakowało, ale rodziny i odwiedzin nie zastąpimy.

Jak przeżyłyście pojawienie się epidemii i wprowadzanie wszystkich procedur sanitarnych?

S.I: Na samym początku był tak wielki strach, jakby to miał być koniec świata. Zamknęłyśmy się na dziesięć spustów, unikałyśmy kontaktów. Szybko jednak się okazało, że trzeba wyjść, bo w domu nie miałyśmy wielkich zapasów. Mając 60 podopiecznych, nie wiedziałyśmy, od czego zacząć – od jedzenia, leków czy załatwiania środków czystości. Nerwowo zaczęłyśmy zaopatrywać się w środki do dezynfekcji i ochrony, które w marcu były strasznie drogie, ale oczywiście nie patrzyłyśmy na ceny, robiłyśmy wszystko, żeby je zdobyć. Łapało się, co się dało, bo nikt nie wiedział, które sklepy zostaną zamknięte.

Strach ma wielkie oczy?

S.I.: Strach na ludzi działa, ale myślę, że w naszym przypadku on nas też do siebie zbliżył. Wyzwoliło się więcej wzajemnej życzliwości, bo wiedziałyśmy, że trzeba to wspólnie przetrwać, choć łatwo nie było, mimo odwoływania się do wiary. Na początku bardzo nakręcałyśmy się informacjami z mediów, śledziłyśmy wszystko na ten temat, a teraz już w ogóle się tym nie zajmujemy. S.A.: Bardzo dotknęła nas informacja o zakażeniu w DPS-ie w Miechowicach, niedaleko nas. Zaraz pomyślałam, że jeśli u nas by to tego doszło, to też będziemy mieli media na głowie, a to nie jest przyjemne i jeszcze bardziej komplikuje trudną sytuację. Myślę, że wiele informacji jest często wyolbrzymionych, dużo w nich negatywnego nastawienia. Mogę podać przykład z naszego podwórka: cały czas czujemy opiekę ze strony różnych służb państwowych i miejskich, niczego nam nie brakuje. Zarówno świetlica, jak i ZOL zostały zaopatrzone w darmowe środki dezynfekcji i ochrony, nawet nie musiałyśmy o to prosić. A gdy oglądało się różne przekazy, można było mieć wrażenie, że w całym kraju jest katastrofa. S.I: Miałyśmy momenty, że ze strachem trudno było sobie poradzić, on był silniejszy od wszystkich racjonalnych tłumaczeń. Bo to była sytuacja, która nigdy wcześniej nie miała miejsca. Myślę, że gdyby tak poważne zagrożenie epidemią powtórzyło się, lęk byłby już mniejszy.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama