Nowy numer 44/2020 Archiwum

Połączyło ich „leczo”

Diecezjalny duszpasterz ministrantów i dwie kucharki ośrodka formacyjnego w Nędzy przez dwa miesiące przygotowywali obiady dla medyków szpitala zakaźnego w Raciborzu.

Akcja pod hasłem „»Leczo« dla tych, co leczą” ruszyła w drugiej połowie marca razem ze zbiórką funduszy na zrzutka.pl, która zakończyła się 20 maja. – W sumie wydaliśmy 6358 obiadów – mówi ks. Krzysztof Misiuda, inicjator akcji. – To, co zrobiliśmy, zawdzięczamy ofiarodawcom, którzy wpłacali pieniądze, bez ich wkładu nie byłoby to możliwe. Gotowaliśmy po kosztach, 11 zł za obiad, i przez cały ten czas nie musieliśmy się bać o fundusze – podkreśla.

Udało się także dzięki mocnej promocji. Ksiądz regularnie wrzucał na FB filmiki z informacjami, a młodzież z diecezjalnego duszpasterstwa dbała o to, żeby inicjatywa żyła w mediach społecznościowych. – Razem z ks. Marcinem Pasiem byli współtwórcami tej akcji, oni też wymyślili hasło „»Leczo« dla tych, co leczą” – podkreśla ks. Misiuda.

Na epidemię – wolontariat

– Podjęłyśmy się tego zadania, żeby po prostu coś robić w tym trudnym czasie, zamiast siedzieć w domu i martwić się, co będzie – mówi Klaudia Kaczmarczyk, szefowa kuchni ośrodka Liturgicznej Służby Ołtarza. – Duże znaczenie miała dla nas pomoc wielu ludzi – tych, którzy wpłacali pieniądze, ale także tych, którzy wspierali nas swoim dobrym słowem i modlitwą. Urodziłam się i mieszkam w Nędzy, gdzie wszyscy dobrze się znamy, a pielęgniarki od nas pracują w szpitalu w Raciborzu. Dlatego było dla mnie bardzo miłe, gdy w sklepie czy na ulicy spotykałam się z dużą życzliwością. Także na Facebooku mieliśmy pozytywne reakcje na to, co robimy – opowiada. Klaudia Kaczmarczyk i Wioletta Mrohs podjęły się gotowania w ramach wolontariatu, bo ośrodek LSO, gdzie są zatrudnione, i tak musiał na czas epidemii zawiesić działalność. – Nasz dzień zaczynał się jak każdy, gdy wychodzi się rano do pracy. Przed południem pakowaliśmy obiady, które ksiądz zawoził do szpitala, a my w tym czasie dezynfekowałyśmy całą kuchnię. Jeżeli obiad wymagał więcej przygotowań, to przychodziłyśmy także w godzinach popołudniowych – wyjaśnia pani Klaudia. – Wyzwaniem była dla nas nie tyle ilość obiadów, co świadomość, dla kogo gotujemy. Miałyśmy obawy, czy będzie im smakować, czy wszystko dobrze się uda.

Codziennie na czas

Catering z Nędzy spisał się świetnie. – Jesteśmy wdzięczni za całą akcję, to było bardzo duże wsparcie. Okazyjnie wspierają nas też restauracje z okolicy, ale ks. Misiuda od początku epidemii przyjeżdżał z obiadami codziennie, zawsze na czas. A obiady były smaczne, dlatego bardzo dziękujemy paniom, które je gotowały dzień w dzień, także w czasie świątecznym. Na pewno bardzo się napracowały – mówi Weronika Śrutwa z działu gospodarczego Szpitala Rejonowego im. dr. Józefa Rostka w Raciborzu, który został przekształcony w jednoimienny szpital zakaźny. To ona była osobą kontaktową, z którą ksiądz na bieżąco ustalał logistyczne szczegóły. Posiłki, spakowane w jednorazowe pojemniki, dowoził do drzwi z tyłu szpitala, gdzie ładowane były na wózek i transportowane dalej. – To było od 50 do 100 obiadów dziennie, w zależności od zmieniającej się sytuacji – liczby pracowników na oddziałach i przekazywanej pomocy. Maksymalny stan personelu na pierwszej linii to u nas około 140 osób – wylicza Weronika Śrutwa. – Gdy inne restauracje zapowiadały, że przywiozą nam posiłki, wtedy zgłaszałam to księdzu i o tyle mniej gotowano ich w Nędzy. Otrzymywaliśmy w darach też inną żywność, którą rozdysponowaliśmy między tych, dla których zabrakło ciepłych obiadów. Żal nam, że akcja się kończy, ale i tak nie spodziewaliśmy się, że aż tak długo potrwa, bo przecież wszyscy mają ograniczone środki i możliwości. Zresztą teraz jest już łatwiej, troszeczkę przyzwyczailiśmy się do trudnej sytuacji – zaznacza.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama