Nowy numer 44/2020 Archiwum

Na celowniku wirusa

Siostra Bonita Machnik, dyrektor Domu Pomocy Społecznej „Nazaret” w Gliwicach, przełożona wspólnoty sióstr służebniczek i diecezjalna referentka zakonna, mówi o pracy w czasie epidemii, przeżyciach mieszkańców i duchowym znaczeniu tego czasu.

Klaudia Cwołek: Jak zmieniło się wasze życie w czasie epidemii?

Siostra Bonita Machnik: Zmieniło się diametralnie. Już na przełomie lutego i marca musieliśmy wprowadzić zakaz odwiedzin i od tamtej pory nasi podopieczni, czyli prawie 50 osób, nie ma osobistego kontaktu ze swoimi rodzinami. Jest to dla nich ogromnie trudne, nieraz płaczą, bardzo to przeżywają. Próbujemy im tę rozłąkę rekompensować przez liczne kontakty telefoniczne.

Jakie jeszcze ograniczenia was dotknęły?

Cała nasza praca jest mocno okrojona. W DPS-ie są zatrudnione w sumie 32 osoby, ale kilka, ze względu na zamknięcie przedszkoli i żłobków, w różnych okresach brały opiekę nad dziećmi. Niektóre pracownice są na zwolnieniach lekarskich, co wiąże się często z tym, że mają słabsze zdrowie i boją się zakażenia. Ten lęk jest duży, wystarczy, że ktoś zagorączkuje i już mamy panikę. Obecnie przyzwyczajamy się do sytuacji, chociaż krąg koronawirusa wokół nas się zacieśnia z powodu zachorowań wśród górników. W naszej dzielnicy działa kopalnia „Sośnica”, a niektóre pracownice mają współmałżonków albo synów górników i czekają na wyniki badań. To wszystko rodzi napięcie. Mieliśmy też taką sytuację, że jeden z naszych podopiecznych dostał nagle bardzo wysokiej gorączki bez innych objawów. Wtedy uruchomiliśmy całą procedurę przewidzianą przez sanepid. Skończyło się tym, że wynik był negatywny, ale panie, które normalnie pracują do 20.00, wyszły do domu po północy.

Wasz dom znajduje się w samym centrum Sośnicy. Jak najbliższe środowisko podchodzi do problemu?

Spotykamy się z dużym zrozumieniem. Ludzie śledzą w mediach, co się dzieje, i spontanicznie do nas przychodzą, przynosząc na przykład przyłbice czy własnoręcznie uszyte maseczki. Jesteśmy za te gesty bardzo wdzięczne i te dobre informacje umieszczamy w internecie, żeby też w ten sposób im podziękować. Doświadczamy dużo życzliwości, ciepła i zrozumienia z różnych stron. Do tego stopnia, że w kościele mamy zarezerwowane miejsca, gdzie nikt inny nie siada.

Czy macie dostęp do testów, zostaliście już przebadani?

Jeszcze nie. Ze Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego otrzymaliśmy pismo z informacją, żeby zrobić listę wszystkich pracowników z adresami domowymi na wypadek, gdyby akurat nie byli w pracy. Zapowiedziano, że będą do nas przyjeżdżać karetki wojskowe i pobierać wymazy. Ale to zostało wstrzymane ze względu na zachorowalność na kopalniach. Teraz każdy DPS ma dowiedzieć się oddzielnie, kiedy te badania będą wykonywane. Gdy jednak mamy konkretne podejrzenie zakażenia, wtedy pojedyncze osoby są szybko poddawane testom. Do tej pory mieliśmy dwie takie sytuacje, jedna dotyczyła podopiecznego, druga pracownicy naszego domu, ale wszystko skończyło się dobrze. Mamy też pewną pulę pieniędzy na badania przesiewowe, które nie są tak dokładne jak badania genetyczne z wymazów, ale mają ten plus, że w około 10 minut pielęgniarka może odczytać, czy dana osoba miała już kontakt z wirusem. Dlatego zastanawiamy się nad zakupem tych badań.

Budynek waszego DPS-u jest równocześnie klasztorem sióstr. Po pracy nie możecie więc sobie po prostu wyjść i przestawić się na inne tory. Jak sobie z tym radzicie?

W naszym domu mieszka siedem sióstr. Na etacie w DPS-ie jest sześć, jedna z powodu choroby jest wyłączona z pracy, a jedna pracuje w sąsiedniej parafii, choć teraz też bardziej nam pomaga. Siostry są przygotowane na to, że gdyby doszło do zakażenia, wtedy wszystkie zaangażują się bezpośrednio w pomoc chorym. Przed Niedzielą Palmową przyjechały do nas do pomocy trzy wolontariuszki z innych klasztorów. To są siostry, które na co dzień pracują w przedszkolach czy ochronkach i mogą w tym czasie być z nami. Jedna jest pielęgniarką, która przez 44 lata pracowała w klinice w Rzymie i, choć ma już ponad 70 lat, pierwsza zgłosiła się do pomocy. Druga siostra ma doświadczenie pracy w domu pomocy społecznej, a trzecia pierwszy raz jest w takim miejscu, ale bardzo szybko się zaadaptowała do nowej rzeczywistości. Wszystkie wypełniają luki powstałe z powodu nieobecności naszych stałych pracowników. Ponieważ ja też jestem pielęgniarką, odłożyłam na bok całą papierową robotę dyrektora, która może poczekać, i schodzę do podopiecznych, bo tam teraz najbardziej mnie potrzebują. Na terenie DPS-u oczywiście cały czas jesteśmy w maseczkach lub przyłbicach, używamy rękawiczek, stosujemy środki dezynfekcyjne. Natomiast w klauzurze, która znajduje się na górze naszego domu, żyjemy normalnie, jak w rodzinie.

W czasie epidemii uruchomił się nie tylko wolontariat, ale także międzyzakonna współpraca. Jak to u was wygląda?

Wspomagamy się nawzajem w ramach naszego zgromadzenia, ale niektóre służebniczki włączyły się też w pomoc w innych miejscach. Nasze siostry były już w Ozimku, gdzie w przyszpitalnym Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym doszło do zakażenia. Później, po odbytej kwarantannie, w tym samym składzie zgłosiły się jako wolontariuszki na oddział zakaźny w Kędzierzynie-Koźlu. W pierwszym etapie epidemii ja również odebrałam telefon z propozycją pomocy ze strony męskich zgromadzeń zakonnych. Gotowość zgłosili wolontariusze, którzy co prawda nie mają doświadczenia medycznego i opiekuńczego, chcieli jednak pomóc w sprzątaniu czy dezynfekcji. Ostatecznie nie było takiej potrzeby, ale cały czas na wszelki wypadek trzymam ich numery telefonów. Ta oferta pomocy była wtedy dla mnie bardzo ważna, bo trafiła się akurat w trudnym momencie, gdy ktoś powiedział mi, że nie przyjdzie do pracy, bo boi się o zdrowie.

Jak przeżywacie całą tę sytuację?

Myślę, że lęk, który każdy jakoś nosi w sercu, u nas, osób wierzących, jest niwelowany przez inne podejście do sytuacji. Wiara na pewno nam w tym wszystkim pomaga. Mocnym przeżyciem były dla nas tegoroczne Święta Wielkanocne. Gdyby nie wirus, bardziej koncentrowałybyśmy się na różnych przygotowaniach zewnętrznych, na prezentach i sprzątaniu. A tym razem priorytety same się ustawiły, bo nie wiedziałyśmy nawet, czy siostry i podopieczni będą mogli przystąpić do sakramentu pokuty. Korzystaliśmy oczywiście z transmisji liturgii, ale nasi mieszkańcy to osoby starsze i mają większe potrzeby duchowe. Dlatego jedna z sióstr wolontariuszek, która jest katechetką, zorganizowała im w domu ceremonie i nawet głosiła kazania pasyjne. Przez to zamknięcie mamy więcej czasu dla siebie, także we wspólnocie zakonnej. Lęk i niepewność przeżywamy razem, podtrzymujemy się na duchu, wspierają nas także nasi przełożeni, którzy dzwonią i pytają, co nam potrzeba, bo wiedzą, że domy pomocy społecznej są na celowniku wirusa. I choć walczymy bardzo o zdrowie ciała, to teraz coraz bardziej koncentrujemy się na duchowej stronie życia, na tym, co jest najważniejsze. Po świętach mieliśmy też bardzo miłą niespodziankę, bo przyjechał do nas ks. Krzysztof Konieczny, ceremoniarz diecezjalny, który po uzgodnieniu z biskupem ordynariuszem zaproponował, że może nas wszystkich wyspowiadać i udzielić Komunii Świętej.

Czy w tej wytężonej pracy z dodatkowym stresem macie czas na modlitwę?

Nie jest tak, że koncentrujemy się tylko na zabezpieczeniu przed koronawirusem. Mamy czas, żeby pomodlić się osobiście i wspólnie, także w łączności z ludźmi w różnych miejscach kraju. Oprócz tego każda z sióstr ma codziennie pół godziny indywidualnej adoracji Najświętszego Sakramentu. Staramy się przeżywać ten czas z wiarą – nie jako zły czas, ale czas, który dostaliśmy od Boga i w którym On daje nam też odpowiednie łaski. Gdy sama miałam taki trudny moment w ogarnięciu wszystkich problemów, czekając na wyniki testów, otrzymałam od kogoś mądrą radę, że mam żyć tym, co teraz akurat jest. Bo jeżeli tak jest, to jest to po prostu wola Boża i Bóg da mi siłę w niesieniu odpowiedzialności za cały nasz dom – podopiecznych, pracowników, ich rodziny i wspólnotę sióstr. Więc wszystko oddaję Panu Bogu, Matce Bożej i św. Józefowi, który pomaga nam w nieraz bardzo prozaicznych sprawach. A w całej tej sytuacji kierujemy się także przykładem naszego założyciela bł. Edmunda Bojanowskiego, który w XIX wieku w czasie epidemii cholery chodził do zarażonych i im pomagał. Modlimy się przez jego wstawiennictwo o łaski dla wszystkich dotkniętych pandemią. klaudia.cwolek@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama