Nowy numer 43/2020 Archiwum

Obiad dla bohaterów

Ks. Krzysztof Misiuda, diecezjalny duszpasterz ministrantów i dyrektor ośrodka formacyjnego Liturgicznej Służby Ołtarza w Nędzy, mówi o akcji #nakarmmedyka, zaangażowaniu w pomoc i wykorzystywaniu istniejącego potencjału w czasie epidemii.

Klaudia Cwołek: Od 18 marca trwa „Zrzutka na »leczo« dla tych, co leczą”. Jak ta akcja się zrodziła?

Ks. Krzysztof Misiuda: Ze zwykłej telefonicznej rozmowy z zaprzyjaźnioną osobą, która pracuje w Warszawie w fundacji zajmującej się działalnością charytatywną. Mówiliśmy o całej sytuacji związanej z epidemią, o tym, co dzieje się teraz w Polsce, i wtedy ona podsunęła mi pomysł, żeby wykorzystać możliwości, jakie mamy w naszym ośrodku w Nędzy, i włączyć się w pomoc.

Chodziło konkretnie o uruchomienie w tym celu kuchni, którą mamy. Kucharki, które u nas gotują, podjęły wyzwanie, zwłaszcza że nie mają teraz pracy, bo zaplanowane turnusy formacyjne dla ministrantów nie mogą się odbyć. Wolą więc zrobić coś dobrego niż siedzieć w domu, i w ten sposób dobrze wykorzystać ten czas. Gdy one się zgodziły, zadzwoniłem do dyrekcji Szpitala Rejonowego w Raciborzu, który został przekształcony w szpital zakaźny, gdzie z radością przyjęto tę propozycję. Następny telefon był do sanepidu, tam już tak łatwo nie poszło, ale to raczej z powodu nieporozumienia, bo pani, która ze mną rozmawiała, myślała, że ja teraz, w sytuacji epidemii, chcę uruchamiać kuchnię od podstaw. Gdy wyjaśniłem, że ona już istnieje od dawna i ma wszystkie potrzebne zgody na funkcjonowanie, a nam chodzi o zawożenie obiadów dla personelu medycznego, dostałem zielone światło. Dla szpitala to jest znaczące wsparcie, bo w nawale ciężkiej i niebezpiecznej pracy personel przynajmniej nie musi myśleć o tym, co, kiedy i za ile zjeść, żeby mieć siły do dalszego funkcjonowania. Chcemy po prostu szpitalowi oszczędzić dzwonienia po pizze czy do baru sushi i zapewnić domowe obiady o stałej porze. Będziemy je dowozić przez siedem dni w tygodniu.

Jakie są Wasze możliwości?

Nasz ośrodek dysponuje kuchnią i samochodem, którym można transportować żywność. Codziennie wydawanych jest 70 obiadów. Ilość zależy od datków, które uzyskujemy na portalu internetowym zrzutka.pl, gdzie cała akcja jest opisana.

Czy na starcie mieliście jakieś pieniądze?

Żadnych. Wszystko od początku zależy od bieżącej pomocy i ofiarności ludzi.

Skąd więc decyzja, że obiadów będzie codziennie 70?

Bo tyle nasza kuchnia jest w stanie teraz przygotować, a my nastawiamy się na pełną pracę. Otrzymałem też informację, że w szpitalu na jednej zmianie jest około 60–70 osób. Jeżeli będzie większa potrzeba i większe finansowe zaangażowanie, możemy uruchomić taką pomoc w innych punktach naszej diecezji. Z naszej zrzutki dowożonych jest też kilkanaście obiadów na oddział zakaźny w szpitalu w Bytomiu, czym zajęła się Grupa Ambasador. Jestem w stałym kontakcie z ks. Marcinem Pasiem, diecezjalnym duszpasterzem młodzieży, które intensywnie włączyło się w akcję od strony marketingowej. To oni wymyślili hasło „Zrzutka na »leczo« dla tych, co leczą”.

Jak przebiega zbiórka?

Po godzinie od ogłoszenia zbiórki mieliśmy 1502 zł, następnego dnia ponad 12,2 tys., w piątym dniu ponad 23,3 tys. zł i 216 osób wpłacających. Najwyższa dotąd jednorazowa wpłata to 3 tys., ale podkreślam, że liczy się każda złotówka. Cieszymy się z drobnych wpłat, których też jest sporo. Oszacowałem, że dziennie na 60 obiadów z dostawą potrzebujemy 750 złotych.

Kto i w jaki sposób zawozi obiady?

Dwie kucharki pracę zaczynają około 7.00, gotują i pakują posiłki. Około południa zawożę je w wyznaczone, neutralne miejsce – około 10 km od Nędzy, jeszcze przed Raciborzem. Tam odbiera je pracownik szpitala. Ze względów sanitarnych my nie mamy żadnego kontaktu fizycznego z tą osobą. Każdy obiad zapakowany jest oddzielnie w styropianowy pojemnik termiczny. To są opakowania jednorazowego użytku, taki był zresztą warunek dyrekcji szpitala, bo wszystko, co jest wnoszone na jego teren, już z niego nie wraca. Ze zrzutki musimy więc pokryć też koszt tych pojemników i dużych boxów do transportu, których też nie otrzymujemy z powrotem. Gdy zaczynaliśmy akcję, zapas pojemników mieliśmy na 5 dni, więc musimy go stale uzupełniać.

Czy potrzebna jest jeszcze jakaś pomoc, oprócz wpłaty pieniędzy?

Tutaj nie ma dużych możliwości, bo otrzymaliśmy wytyczne, że im mniej osób będzie przy tej akcji pracowało, tym lepiej. Osoby, które tym się zajmują, mają oczywiście ważne badania sanepidu i muszą przestrzegać wszystkich zaostrzonych wytycznych w sytuacji zagrożenia epidemicznego. Chciałbym przy okazji bardzo podziękować naszemu biskupowi ordynariuszowi, że wyraził zgodę na zaangażowanie ośrodka w pomoc i że nas wspiera, a także wiceprezydentowi Raciborza, który utorował nam drogę do szpitala, który teraz jest jak zamknięta twierdza.

Jak długo będziecie pomagać?

Rozpoczynając akcję, nastawiliśmy się na trzy miesiące działania, ale tak naprawdę nie wiadomo, ile to potrwa. Jak już wspomniałem, zależy to przede wszystkim od ofiarności ludzi. Jeżeli braknie nam środków, będziemy, niestety, musieli przerwać naszą pomoc. A jeżeli wpłat będzie bardzo dużo, to rozwiniemy ją dla innych szpitali. Chcę przy tym wyraźnie zaznaczyć, że my pracujemy teraz na wolontariacie i nic z przekazanych w zrzutce pieniędzy nie trafia do naszej kieszeni. Zaangażowaliśmy się, bo z powodu epidemii zostaliśmy bez zajęcia. Więc zamiast siedzieć tylko w domu, chcieliśmy coś dobrego zrobić, a ja w takim działaniu dobrze się odnajduję. Gdy pracowałem w parafii w Tarnowskich Górach-Strzybnicy czy u św. Bartłomieja w Gliwicach, zawsze chętnie organizowałem akcje charytatywne, żeby pomóc, ale też żeby włączyć ludzi do konkretnego działania. Gdy zostałem duszpasterzem Liturgicznej Służby Ołtarza, myślałem, że już takich rzeczy raczej nie będę robił. Ale życie pisze nam własny scenariusz i według niego działamy. • klaudia.cwolek@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama