Nowy numer 42/2020 Archiwum

Gdy tracimy zdrowie…

Ojciec Mariusz Więckiewicz, redemptorysta, kapelan gliwickich szpitali, mówi o nawiązywaniu relacji z chorymi i ich rodzinami, nawróceniach w chorobie i współpracy z personelem medycznym.

Klaudia Cwołek: Podobno niektórzy pacjenci zwracają się do Ojca: „panie doktorze”?

Ojciec Mariusz Więckiewicz CSsR: Tak, to się zdarza, bo gdy odwiedzam chorych w ich salach, ubieram się w strój liturgiczny, czyli na habit nakładam białą albę ze stułą, a na to wszystko, ze względów sanitarnych, jeszcze biały fartuch lekarski, czyli kitel. Łatwo mnie więc pomylić z lekarzem. Ale gdy tak się dzieje, wtedy żartuję i mówię, że owszem, jestem lekarzem, ale specjalistą od duszy.

W jaki sposób Ojciec został kapelanem szpitalnym?

Tak się zdarzyło, że po kilku latach posługi misjonarza ludowego i rekolekcjonisty sam doświadczyłem choroby. Gdy zdrowie wysiadło, prowincjał zaproponował mi objęcie funkcji kapelana w bardzo dużej placówce medycznej w Gdyni. Posługę wśród chorych pełnię już ponad 7 lat, a od lipca ubiegłego roku w Gliwicach. Dobrze się w tym odnajduję, ponieważ sam wcześniej byłem pacjentem i leżąc w łóżku, korzystałem z posługi kapelana. Bolało mnie wtedy bardzo, że nie każdy z pacjentów przyjmował Komunię św., modliłem się więc za te osoby i cieszyłem, gdy ktoś jednak decydował się na pojednanie z Bogiem.

Czy widzi Ojciec jakieś różnice w przeżyciach chorych na północy i na południu Polski?

Więcej jest podobieństw i porównywalnych reakcji. Zwykle są to dwie postawy – chorzy w szpitalu albo się buntują i pytają, dlaczego ich to spotkało, albo szukają pomocy i siły u Pana Boga, walcząc, żeby cierpienie ich nie zniszczyło. W szpitalach ciągle spotykam ludzi, którzy nie chodzą na co dzień do kościoła. Dla mnie jest to możliwość dotarcia do nich, mimo że z Panem Bogiem za dużo wspólnego nie mieli, gdzieś w życiu się pogubili. Tutaj zdarzają się często przemiany, nieoczekiwane dla nich samych. Kiedyś jeden starszy mężczyzna poprosił mnie o spowiedź po 40 latach. Gdy zapytałem, co go do tego skłoniło, odpowiedział mi, że… wczoraj podałem mu rękę. Okazało się, że zwyczajny gest ze strony księdza skłonił go do tak ważnej decyzji. W trudnej sytuacji chorego czasem drobne sprawy – uśmiech, słowo, poświęcony czas – dokonują wielkich rzeczy. W mojej pracy nieraz jestem świadkiem nawróceń po latach, bo cierpienie stawia dużo pytań. Jestem przekonany, że obecność kapelana w szpitalu to wyraźny znak obecności Boga. Dlatego trzeba być dyspozycyjnym, „wyciągniętą pomocną dłonią” dla przepływu Bożej łaski.

Numer telefonu komórkowego Ojca jest ogólnie dostępny. Czy to oznacza dyspozycyjność 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu?

W zasadzie tak. Codziennie w szpitalu jestem kilka godzin. Są jednak nagłe wezwania, zwykle do osób przywiezionych z wypadku. Wtedy jadę do szpitala najszybciej jak się da, a gdy jestem poza Gliwicami, to zastępuje mnie mój współbrat redemptorysta o. Adam Kasprzyk. Jeśli jest stan zagrożenia życia pacjenta, pielęgniarka czy lekarz pytają chorego lub jego rodzinę, czy życzą sobie posługi kapelana.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama