Nowy numer 42/2021 Archiwum

Miłosierdzie ma smak

Bóg przyszedł do mnie przez Dagmarę. Kogo posyła tobie?

Mówili: „Zaciśnij zęby i idź”; „Nie narzekaj, inni mają gorzej”; „Przecież masz kochających rodziców i niezły start w życiu”. Dlaczego pomimo tego, że wszystko wydawało się być OK, w środku czułem, że nic nie gra, że jestem sam?

Dręczyła mnie myśl, że inni przecież jakoś sobie radzą. „To tylko ja mam problem i tylko mnie nie wychodzi?!”. Wmówiono mi, że od ludzi wierzących Bóg wymaga więcej. Wierzący w Boga ma obowiązek być przykładnym i nieomylnym. Pytałem, czy Bóg naprawdę mnie kocha.

Pojawił się potężny kryzys, ciemność, grzech, błoto, skończyły się relacje. To były dni, tygodnie, miesiące na rozstaju dróg. W takich chwilach wszystko przygniatało. I widok radosnych ludzi, i tych, którym się nie udało. I ciągłe pytania o to, jak się czuję, i brak tych pytań. Zwykłe obowiązki stały się górą nie do pokonania. To było chyba coś bliskiego depresji. Chciałem wrócić i kontrolować wszystko, tak jak wcześniej, ale już się nie dało. W momencie, kiedy nie rozumiałem, dlaczego wszystko się wali, przyszedł miłosierny Bóg.

Najpierw musiałem doświadczyć upokorzenia. Rozpaczliwie szukałem relacji, które zaspokajały mnie tylko na chwilę. Tworzyłem je z ludźmi, którzy mnie nie rozumieli i jeszcze bardziej ranili. Wszedłem w grzech. Wiedziałem, że to się Bogu nie podoba. Miałem ogromne wyrzuty sumienia. Poczucie winy. Jednak nie mogłem oszukać serca. Racjonalne argumenty już nie działały. Bóg był strasznie daleko. Wydawał się nieobecny, zimny, nieczuły. Choć spotkałem Go w swoim życiu, nie czułem się przez Niego kochany osobiście i wyjątkowo.

Największa ciemność przyszła w momencie, gdy licząc na osoby, które wydawały mi się bliskie, zrozumiałem, że jestem sam. Nie miałem nikogo. Zawsze dawałem siebie innym, ciągle byłem „dla”. Kiedy sam potrzebowałem wsparcia, odpowiedziała mi pustka…

Dopiero Dagmara zmieniła wszystko. Ona pierwsza dostrzegła, że dzieje się coś złego. Zapytała, była przy mnie. Umiałem się przed nią otworzyć i wygadać. Nie oceniała mnie. Poświęciła swój czas. Wiem, że kosztem czegoś innego, kosztem czasu dla swoich bliskich, ale poczułem się dla niej wyjątkowy i kochany.

Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że i ja mogę tak kochać. Kogoś bardziej, kogoś mniej, i nie muszę się z tej miłości lub jej braku tłumaczyć. Zacząłem czuć się wyjątkowy w oczach Boga. Dostrzegłem swoje zalety, które Dagmara przede mną odkryła. Zdobyłem się na odwagę spowiedzi generalnej i znalazłem spowiednika.

Bóg przyszedł do mnie w konkretnej osobie. O konkretnej twarzy, imieniu i historii życia. Historii może też nie całkiem prostej, ale to nieważne. Ta osoba nie dała mi pieniędzy, ani sztucznego uśmiechu czy taniej pociechy. Ona dała coś, co jest cechą miłosiernego Boga. Swoją obecność. Miłosierdzie Boże jest realne, nawet w momencie trwania nocy. Ma kształt, zapach i smak. Bóg przyszedł do mnie przez Dagmarę. Kogo posyła tobie?

Zbyt często doświadczamy dziś nieobecności, zamknięcia na drugiego człowieka, nietrwałych relacji. Bóg wyprowadził mnie z zamknięcia w sobie i z ciemności grobu. Ten grób być może był potrzebny. Bez niego nie szukałbym pomocy. My, faceci, zbyt mocno liczymy tylko na siebie. A w sercach nosimy ból, konsekwencje niedojrzałego wychowania, głupich wyborów i złych relacji. Kiedyś musi przyjść czas na uporządkowanie serca, na pozbycie się bagażu trudnych emocji. To właśnie doświadczenie głębokiej ciemności często jest motorem do zmiany drogi. Nie można wtedy być samemu, trzeba chwycić czyjąś dłoń, pokazać swoje łzy i słabość. Warto podjąć ryzyko i iść za tym, co przeżywamy, nawet jeśli wydaje się, że odstajemy od normy, nie przystajemy do innych. To Bóg daje facetowi do tego odwagę.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama