Nowy numer 44/2020 Archiwum

Na wyprawie wygrywamy życie

Przejechali prawie 8000 km w 8 tygodni. Misja JuT – Ostatnie Okrążenie dobiegła końca. Rowerzyści NINIWA Team po podróży wokół Morza Czarnego wrócili do Kokotka.

Tuż po Światowych Dniach Młodzieży, 1 sierpnia, 38-osobowa grupa rowerowych zapaleńców wyruszyła z Lublińca-Kokotka w jubileuszową, 10. wyprawę NINIWA Team. Jechali przez Ukrainę, Rosję, Gruzję, Armenię, Turcję, Bułgarię, Macedonię, Kosowo, Albanię, Czarnogórę, Bośnię i Hercegowinę, Węgry, Słowację i Czechy. Bez wozu technicznego ani planowania noclegów, każdy z prawie 30-kilogramowym bagażem. Najmłodsza uczestniczka w dniu wyjazdu miała 17 lat. Najstarszy uczestnik – 73! Po 56 dniach wyjątkowo trudnej podróży, w niedzielę 25 września, tłumy powitały dwukołowych bohaterów w miejscu, z którego wystartowali.

Nietypowe, rekordowe statystyki

– Jechaliśmy… o Boże miłosierdzie dla świata! – przemówił zachrypniętym, ale pełnym wzruszenia głosem o. Tomasz Maniura OMI, przewodnik wyprawy, tuż po powrocie.

– Jezus nie powiedział, że błogosławieni i szczęśliwi są ci, którzy mają wszystko ustawione w życiu, którzy mają tak naprawdę nic niewarte plany i o nic nie muszą się martwić. Powiedział, że błogosławieni są ci, którzy są miłosierni. Świat potrzebuje miłosierdzia i my się go uczyliśmy. Ta wyprawa była przede wszystkim dla nas, ale nie była to łatwa lekcja – podkreślił. W krótkim podsumowaniu pokusił się o kilka zaskakujących statystyk. – Było nas wielu, a jechaliśmy przez miejsca, gdzie cywilizacji nie było za dużo. To była rekordowa wyprawa pod względem liczby pryszniców. Przez osiem tygodni jazdy mieliśmy okazję umyć się sześć razy, z czego trzy razy w ciepłej wodzie. Sześć razy spaliśmy pod dachem, a w ostatnim tygodniu poranki były bardzo chłodne, 3–5 stopni. Była rekordowa liczba awarii i chorób, zwłaszcza żołądkowych, co bardzo utrudniało jazdę i odwadniało uczestników. Ale dzięki trudowi miłości wzajemnej byliśmy bardzo szczęśliwi – zapewniał o. Maniura.

Nie stracić życia, siedząc w domu

– To, że jesteśmy tu w jednym kawałku, cali i zdrowi, to prawdziwy cud. Przez te osiem tygodni jazdy minęliśmy miliony ludzi. Przejechały obok nas setki tysięcy samochodów i TIR-ów. Nawet nie wiem, ilu z tych kierowców było pod wpływem alkoholu. I nikt w nas nie wjechał. Przejeżdżaliśmy przez bardzo wysokie góry, w sumie wjechaliśmy 49 kilometrów w pionie. O ile wjazd jest męczący, ale bezpieczny, o tyle zjazd jest bardzo ryzykowny, zwłaszcza przy prędkości 40–50 km/h na mokrym asfalcie – wyliczał lider wyprawy. – Naprawdę trzeba mieć dużo szczęścia, żeby nie stracić życia, siedząc w domu. Bo na wyprawie my wygrywamy życie – podsumował. – Powrót to dużo emocji i uczciwie trzeba powiedzieć, że radość miesza się ze smutkiem. Radość jest z tego, że to się udało, wiele przeżyliśmy i po ośmiu tygodniach spotykamy najbliższych. Z drugiej strony, mimo tego całego trudu i wysiłku, jest smutek, że kończy się niełatwy, ale piękny czas uczenia się życia – przyznał o. Maniura. – Wiem, że każdy mocno poznał samego siebie i dużo o sobie odkrył. Nie jechaliśmy w pojedynkę i to jest najbardziej formacyjne, że w relacji do innych dostrzegam, kim jestem. Teraz każdy może nad tym pracować – dodał.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama