Nowy numer 22/2020 Archiwum

Tu nie ma nudy

50 lat pracy. O codziennej drodze do kościoła, zmianach w liturgii i niespodziankach przy ołtarzu z Józefem Wloką, kościelnym w parafii św. Anny w Zabrzu, rozmawia Klaudia Cwołek

Klaudia Cwołek: Jest Pan rekordzistą. 50 lat pracy w jednym miejscu, w tym samym kościele. Jak to się zaczęło?

Józef Wloka: W parafii św. Anny mieszkam od urodzenia, a ministrantem zostałem, gdy miałem 9 lat, w 1959 roku. Mieszkaliśmy z rodzicami najpierw przy ul. Dębowej, a potem Chojnickiego. Wtedy miałem dalej do kościoła niż teraz, a w niedzielę, tak jak inni ministranci, służyłem nawet dwa, trzy razy dziennie. To był czas przed Soborem Watykańskim II, gdy księża nie odprawiali Mszy bez ministranta. Pierwsza Msza była zawsze o szóstej rano. Przy bocznym ołtarzu o tej godzinie odprawiał ją ks. Herbert Hlubek, znany duszpasterz akademicki. Pamiętam, jak mu służyłem. W tamtym czasie kościelnym był Józef Suschek, ale w lutym 1966 roku z rodziną wyjechał do Niemiec, gdzie później został stałym diakonem. Wtedy pracę kościelnego zaproponował mi ks. proboszcz Franciszek Pieruszka. W zakrystii pracowała też służebniczka s. Fridberta, a pomagał Franciszek Piontek. Nie był na etacie, ale jego praca bardzo mi imponowała, podobało mi się, jak czyścił lichtarze i z namaszczeniem podchodził do szat i sprzętów liturgicznych. Ponieważ nie miałem skończonych 18 lat, na początku kościół otwierał Herbert Botor, który też później wyjechał do Niemiec.

Czym się Pan zasłużył, że w tak młodym wieku dostał tak odpowiedzialną pracę?

Służyłem na wszystkich Mszach i nabożeństwach. Dawniej na każdej niedzielnej Mszy było wystawienie i błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem. W związku z tym trzeba było podawać welon i pan Piontek mi to zlecał. Byłem wtedy jeszcze mały i musiałem go celnie rzucić na ramiona księdza. W ogóle służba przy ołtarzu bardzo mi się podobała.

Czyli cały dzień spędzał Pan w kościele i tak zostało.

Tak zostało. (śmiech)

Obecnie ma Pan już trzeciego proboszcza, siostry zakonne odeszły, ale chyba największą zmianą była posoborowa reforma liturgiczna?

Przed soborem ministranci musieli znać wszystkie odpowiedzi i modlitwy po łacinie. Ale po soborze zmiany w liturgii wprowadzane były u nas stopniowo i bardzo wolno. Ks. prałat Pieruszka wiele rzeczy zachowywał ze starej tradycji. Długo jeszcze było wystawienie Najświętszego Sakramentu w czasie Mszy w niedziele, święta i w pierwsze piątki miesiąca. Ołtarz soborowy, przy którym ksiądz stoi twarzą do ludzi, też u nas wprowadzono późno.

Żal Panu było liturgii po łacinie?

Nie bardzo, bo ludzie jej nie rozumieli, choć Ewangelia zawsze, nawet przed soborem, była czytana po polsku. Nie podoba mi się, gdy teraz czasem próbuje się wracać do łaciny, bo często nawet ksiądz nie rozumie do końca tych tekstów. „Ojcze nasz” czy „Święty, święty” może być, ale więcej – to jest dla ludzi za trudne. Do tego trzeba by się bardzo dobrze przygotować, bo byle jak odprawiać Mszy nie można.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama