Nowy numer 39/2020 Archiwum

Bóg woła przy… koniach

Rok bł. Karola de Foucauld. O bezwarunkowym zawierzeniu, sile osobistego świadectwa i potrzebie braterstwa z ks. Rafałem Przybyłą, odpowiedzialnym za wspólnotę kapłańską Jezus Caritas, rozmawia Klaudia Cwołek

Klaudia Cwołek: Kiedy Ksiądz po raz pierwszy zetknął się z postacią brata Karola de Foucauld?

Ks. Rafał Przybyła: Wstępując do seminarium w 1999 roku, dowiedziałem się, że istnieje wspólnota Jezus Caritas, którą założył ks. Helmut Porada, jeden z ówczesnych ojców duchownych. Jest on pierwszym księdzem, który na Śląsku rozpropagował duchowość Karola de Foucauld, zwłaszcza w środowisku kapłańskim, gdy o bracie Karolu jeszcze mało kto wiedział. Ojciec Porada mówił o nim i o wspólnocie już na pierwszym spotkaniu z klerykami, a w trakcie mojego przygotowania do kapłaństwa w rozmowach wiele razy wracał do tego tematu. Potem, zupełnie przez przypadek, dowiedziałem się, że proboszcz mojej rodzinnej parafii w Toszku ks. Marian Piotrowski należy do tej wspólnoty i że spotkania odbywają się także u niego na plebanii. Po święceniach zapytałem ojca Poradę, czy mogę przyjechać na takie spotkanie. Zrobił dla mnie wyjątek, bo trzymał się raczej zasady, że neoprezbiter najpierw ma rozeznać swoją pracę w duszpasterstwie, a dopiero po roku może dołączyć do wspólnoty. Ale mnie zależało, żeby być we wspólnocie, a ponieważ znaliśmy się, więc się udało.

Co Księdza szczególnie pociągnęło w tej duchowości?

Przede wszystkim prostota i to, że brat Karol był cichy, nie był osobą znaną. Podobało mi się to, że był konsekwentny. Poza tym okazało się, że mamy coś wspólnego.

Pewnie chodzi o konie…?

Właśnie. Gdzieś czytałem, choć niestety nie mogę wskazać źródła i trudno mi to zweryfikować, że brat Karol, jeszcze przed nawróceniem, jako wojskowy major, miał konia, który złamał nogę, więc trzeba go było zastrzelić.

I on nad tym martwym koniem miał powiedzieć, że był dobrym koniem i pójdzie do raju, ale oni się tam nie spotkają. To miał być jakiś przebłysk u brata Karola, że z jego drogą duchową jest coś nie tak. Wprawdzie ja majorem nie jestem, ale porucznikiem tak, również należę do kawalerii i też doszedłem do takiego momentu w swoim życiu, że przy koniach musiałem zastanowić się nad sobą. U brata Karola spodobało mi się jego podejście do wiary i sposobu głoszenia Ewangelii. Mieszkając wśród muzułmanów na Saharze, ludzi, którzy Ewangelii nie znali, podchodził do nich bardzo po bratersku. Myślę, że to jest ważne, żeby nie narzucać swoich zasad i norm moralnych, ale tak żyć z Jezusem, żeby dla innych było to dobre świadectwo. Zresztą w ten sposób Pan Jezus dotarł do brata Karola, przekonał go, jaką wartością jest bycie dzieckiem Bożym.

Osoby żyjące duchowością brata Karola odmawiają ułożoną przez niego modlitwę bezwarunkowego zawierzenia swojego życia Bogu Ojcu. Ona jest piękna, ale są w niej też trudne słowa, gdzie trzeba powiedzieć: „Jestem gotów na wszystko”.

„Jestem gotów na wszystko, przyjmuję wszystko, byle Twoja wola spełniła się we mnie, mój Boże”. W życiu przychodzi taka chwila, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to, co robi, jest zgodne z zamysłem Pana Boga i czy służy świętości. Tak się też stało z moją pasją jeździecką. Musiałem poddać weryfikacji, czy to tylko takie widzimisię, czy może to służyć duszpasterstwu. Na rekolekcjach naszej wspólnoty w 2011 roku postanowiłem na adoracji całkowicie to Bogu powierzyć. Tak się złożyło, że wkrótce Pan Bóg dopuścił mój poważny upadek z konia, złamałem biodro i wszystko stanęło pod znakiem zapytania. Okazało się jednak, że po operacji i rehabilitacji pod pewnymi warunkami będę jeszcze mógł wsiąść na konia. Jestem przekonany, że jeżeli ofiaruje się Bogu coś, co się kocha, co jest dla nas wielką wartością, może to się przyczynić do wzrostu wiary i otwarcia nowych perspektyw. Po tym całym przejściu inaczej spojrzałem na jeździectwo, które przestało być tylko moim hobby, bo postanowiłem podzielić się nim z innymi. Udało mi się stworzyć warunki do jazdy konnej dla dzieci i młodzieży, które nie miałyby może takiej okazji, a dla niepełnosprawnych zorganizowaliśmy hipoterapię. Jeżeli mówimy Bogu „jestem gotów – nawet na to, żebyś zabrał mi wszystko”, to po prostu się zwraca. Gdy oddajemy coś, co kochamy, Pan Bóg to przemienienia i pomnaża. Czasem wiąże się to z wielkim bólem, ale warto zaryzykować!

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama