• facebook
  • rss
  • To pokolenie pamięta

    Klaudia Cwołek

    |

    Gość Gliwicki 16/2017

    dodane 20.04.2017 00:00

    – Zawsze byłam nieśmiała. Dzięki oazie nabrałam takiej pewności siebie, że teraz nawet za dużo mówię. I już się nie boję! – opowiada Anna Szczepanik.

    W swoim prywatnym albumie ma bardzo cenne zdjęcia z wyjazdów na oazę pod koniec lat 70. ubiegłego stulecia. Na jednym z nich trzyma chleb, który przekazuje w darze podczas Mszy św. odprawianej przez ks. Franciszka Blachnickiego, założyciel Ruchu Światło–Życie. – Nie wiem, kto zrobił to zdjęcie i kto mi je przysłał. Zawsze po oazie zaczynała się korespondencja z poznanymi osobami. Dużo się pisało, trwało to do świąt, a potem się kończyło – mówi Anna Szczepanik. Do dziś jednak przetrwały wspomnienia i wartości, które w sercach zaszczepił ruch, popularnie nazywany oazą. Ci, którzy uczestniczyli w początkach i poznali jego twórcę, są w uprzywilejowanej sytuacji. Obecnie trwa proces beatyfikacyjny ks. Franciszka Blachnickiego, mogą więc zostać świadkami wyniesienia go na ołtarze. – Cały czas, od początku, byłam pewna, że on będzie święty, bo wymyślić coś takiego jak oaza, w tamtych czasach… – mówi po 40 latach od pierwszego spotkania Anna Szczepanik.

    Impuls z parafii

    Ruch Światło–Życie poznała dzięki wikaremu ze swojej rodzinnej parafii św. Józefa w Zabrzu. – Ks. Czesław Nowak namówił mnie i moją siostrę do wyjazdu na oazę do Krościenka. To była cała wyprawa, wtedy tam nic nie jeździło, jeden PKS na dzień, ale dojechałyśmy. Zaraz po przyjeździe spotkałam ks. Blachnickiego, gdy w dolnym kościele miał kazanie. Pierwsze moje wrażenie: „Jaka nuda!”. Bo on miał taki monotonny głos. Ale w bezpośrednim kontakcie to był Boży człowiek, święty. To się czuło – wspomina. Przy czym Ojciec, bo tak go wszyscy nazywali, nie prowadził ich oazy. Jednak pani Anna podczas tego pierwszego pobytu w Krościenku miała okazję zetknąć się z ks. Blachnickim bardziej osobiście. – W naszej studenckiej grupie oazowej mieliśmy konflikt i nie wiedzieliśmy, jak sobie z tym poradzić. Zapytaliśmy ks. Blachnickiego, czy nam pomoże, i bez problemu się zgodził. Pamiętam, że byłam w delegacji, która poszła po niego. Szliśmy wieczorem, mieszkaliśmy niedaleko Kopiej Górki. Byłam zaskoczona, bo choć on już wtedy był ikoną całego ruchu, to okazał się bardzo bezpośredni, normalnie z nami rozmawiał, żartował, taki zwyczajny człowiek. Szczegółów tej sprawy już dokładnie nie pamiętam, ale wiem, że nam pomógł, wszystko załagodził. Tamten pobyt w Krościenku, w 1977 roku, dla Anny, młodej studentki stomatologii, nie był łatwy z wielu powodów. – Pierwsza oaza to dla mnie był dramat. Trafiłam do grupy, w której byli przeważnie ludzie znacznie ode mnie starsi. Zaczynałam dopiero studia, a tu obok mnie siada pani profesor z Politechniki Wrocławskiej, jakieś inne znakomitości. Przez całą oazę nie odezwałam się ani razu. Byłam też w małym szoku, bo pierwszy raz spotkałam się z żywą wiarą, wyrażaną inaczej niż w parafii. I choć zawsze gdzieś działałam: chodziłam na religię, śpiewałam w chórze, takie zaangażowanie mną wstrząsnęło. Nie było mowy, żebym odezwała się podczas wspólnej modlitwy, a w trakcie dyskusji to już absolutnie! Wtedy też uczestniczyłam po raz pierwszy w modlitwie charyzmatycznej i wydawało mi się, że połowa ludzi udaje swoje przeżycia. Po latach myślę, że może się nie myliłam. W każdym razie nie byłam przygotowana na coś takiego, dzisiaj inaczej to odbieram – zauważa.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół