• facebook
  • rss
  • Biskupi na pomoc

    Szymon Zmarlicki

    |

    Gość Gliwicki 45/2016

    dodane 03.11.2016 00:00

    Myśląc o nadmiarze dobrobytu, dziś z przekąsem mówimy o „problemach pierwszego świata”. A jakie były problemy Polaków w czasie stanu wojennego, gdy otrzymywali (zbyt) obfite wsparcie z zagranicy?

    Czytamy: „Z pokoju w piwnicy centrum administracyjnego kierowana była większość programu. Pokój ten stał się naszą bazą operacyjną w Katowicach, gdzie kierowcy ciężarówek przyjeżdżali dniem i nocą, rozładowywali swoje pojazdy w magazynie diecezjalnym, sypiali w prymitywnej sypialni w katedrze Chrystusa Króla po drugiej stronie ulicy, a następnie wracali do domów. (…) Biskup Domin (…) kierował ruchem. Dzięki systemowi Telex komunikował się z państwami Europy Zachodniej i Stanami Zjednoczonymi oraz bezpośrednio z CRS”. To nie cytat z najnowszej powieści sensacyjnej Dana Browna, której fabuła rozgrywa się na terenie archidiecezji katowickiej, ale fragment wspomnień ks. Vincentego Giese, opublikowany w amerykańskim tygodniku „Our Sunday Visitor” 18 kwietnia 1982 roku. Opisuje funkcjonowanie Biskupiego Komitetu Pomocy Uwięzionym i Internowanym, który miesiąc wcześniej bp Herbert Bednorz powołał przy kurii diecezjalnej w Katowicach. Komitet organizował transporty żywności, odzieży i środków czystości do obozów internowania na Śląsku, m.in. w Zaborzu, Bytomiu-Miechowicach czy Kokotku. Jednak w odpowiedzi na duże zapotrzebowanie społeczne wsparcie nie obejmowało wyłącznie uwięzionych i internowanych. Pomoc materialną, prawną i medyczną otrzymywały setki tysięcy osób, bowiem podobne komitety działały w całej Polsce. Opowiadała o nich dr Katarzyna Wilczok z Instytutu Historii Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach na wykładzie pt. „Biskupie Komitety Pomocy”, który 27 października wygłosiła w sali witrażowej Muzeum Górnictwa Węglowego w Zabrzu.

    Papier toaletowy, łóżka, rowery…

    Pomoc na Śląsk trafiała najczęściej od Polonii zza żelaznej kurtyny, z krajów Europy Zachodniej. Ale nie tylko, bo produkty napływały też z obu Ameryk, Skandynawii, Japonii czy krajów afrykańskich i Bliskiego Wschodu. Skala wsparcia była porażająca – tylko w czasie stanu wojennego do Polski trafiło 260 tys. ton żywności. Jak zauważyła dr Wilczok, nasz kraj nigdy wcześniej ani później nie otrzymał tak dużej pomocy. Transporty przeprowadzane były drogą morską oraz lądową – samochodami i pociągami, najczęściej przez granicę niemiecką, choć zdarzało się też, że i czechosłowacką. Pomoc miała kilka wymiarów. Najczęściej w paczkach znajdowała się żywność – mleko w proszku, masło, sery, odżywki dla niemowląt, kasza, mąka, ryż, cukier, olej czy konserwy mięsne. Potrzebne były też środki higieny i czystości. Co trudno dzisiaj sobie wyobrazić, w niejednym domu brakowało nawet papieru toaletowego. Ale przyjeżdżały też środki medyczne, łóżka szpitalne czy rowery dla dzieci. Komitety organizowały również pomoc prawną oraz – rzadko, bo wyłącznie w najbardziej koniecznych przypadkach – finansową.

    Indyki na porannej Mszy

    Na Zachodzie często nie zdawano sobie sprawy, jakie są potrzeby Polaków i jak wygląda dystrybucja przekazywanych środków. Na przykład Holendrzy wysyłali ogromne ilości kapusty i sałaty, które nie zawsze wytrzymywały czas potrzebny na rozdysponowanie warzyw. Innego razu ze Stanów Zjednoczonych przypłynął transport kilku tysięcy ton mrożonych indyków. Miały być rozesłane na cały kraj, ale komitety nie miały w zanadrzu wystarczającej liczby samochodów-chłodni, więc rozdzielanie mięsa ograniczono do Wybrzeża. W nocy z niedzieli na poniedziałek proboszczowie przyjeżdżali po odbiór indyków i rozdawali je wiernym, którzy kolejnego dnia przyszli na poranną Mszę Świętą.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół