• facebook
  • rss
  • Ekspiacja w kolorze

    Mira Fiutak

    |

    Gość Gliwicki 24/2014

    dodane 12.06.2014 00:00

    – Gdybym tego światła nie zobaczył, nigdy bym się sztuką witrażową nie zajmował – mówi prof. Werner Lubos o plenerze w Prowansji sprzed wielu lat.

    Wdawnym pałacu Donnersmarcków w Nakle Śląskim, dziś Centrum Kultury Śląskiej, można oglądać prace prof. Wernera Lubosa. Jak powiedział autor, sam jest zaskoczony, że trafiły do takich wnętrz. – To miejsce spowodowało, że chciałem pokazać dochodzenie do mojego wyrazu artystycznego. Poprzez poszczególne etapy, które dla mnie były ważne – mówi. – Jego malarstwo jest kontemplacyjne.

    Nie jest łatwe, zaprasza do dialogu. Jeśli znajdzie się klucz do niego, to radość w czytaniu tych dzieł jest niebywała. Prof. Lubos odbędzie z państwem spacer po tej ekspozycji – powiedział podczas wernisażu Stanisław Zając, dyrektor Centrum Sztuki Śląskiej. Ten spacer poprowadził przez sześć sal wystawowych. Pokazane są tam, wykonane na wielkich płótnach, „szkice podróżne”, które po raz pierwszy znalazły się na wystawie, podobnie jak wczesne rysunki, jeszcze sprzed studiów w krakowskiej ASP. Dalej obrazy związane z Mirabel w Prowansji czy kontekstem „pod i nad” ziemi tarnogórskiej. I wielkoformatowe prace z tworzonego od lat tzw. cyklu niedokończonego. Z wpisanymi kolejnymi literami układającymi się w „solidarność”, a może „solidarni”... Na razie doprowadzony do litery „r”. Zapis stanu emocji i rejestrowanej przez autora zmieniającej się rzeczywistości. I wreszcie kilka prac w sali dawnej pałacowej kaplicy.

    Szkice podróżne na płótnie

    – To są moje „szmatki podróżne” – mówi o płótnach otwierających wystawę prof. Werner Lubos. – Kiedy wyjeżdżam na plenery, zawsze badam to miejsce. Przerabiam ziemię, piasek i powstają z tego pigmentaria. W ten sposób nawiązuję kontakt z miejscem, do którego przyjeżdżam. To jest zapis tej chwili, kiedy zderzam się z nowym światłem i nową przestrzenią. Na jego podstawie robię potem konstrukcje witrażowe. Te pierwsze szkice są jak zaczyn, propozycja. Szkice do dużych monumentalnych kompozycji – mówi. Dotąd nigdy nie trafiły na wystawę, a przez lata nazbierało się ich mnóstwo. Szczególnym momentem, można powiedzieć decydującym, w jego twórczości był plener w Mirabel. – To miejsce, gdzie inspiracje światła i implikacje światła do światłości spowodowały, że zrozumiałem, na czym polega witraż. W ogóle istota witrażu – mówi prof. Lubos. Tam też powstały płócienne szkice, bo wiedział, że to moment, który koniecznie trzeba zanotować. – Wiedziałem, że to jest powód do moich witraży. Gdybym tego światła nie zobaczył, nigdy bym się sztuką witrażową nie zajmował. Bo nie czułbym tego problemu światła – wspomina. Światło Mirabel było w kontekście, a raczej w kontraście do tego, co zgłębiał i z czego wyrósł – podziemi tarnogórskich kopalni. Innej struktury, odmiennej materii, braku światła. W swojej pracy szanuje przypadki, które pojawiają się na drodze twórczej. – Mówimy „przypadek”, a to jest „obdarowanie”. To jest zawsze pewna propozycja. Trzeba ją zauważyć i współgrać z nią. Nie można od razu jej odrzucać. Nauczyłem się obserwować przypadek – mówi. Uczy tego swoich studentów pracowni katedry malarstwa w Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie. – Czasem są tak piękne wydarzenia na płótnie i potem już nigdy nie można do tego wrócić. Nawet jak ktoś to zamaluje, ale uświadomi to sobie, to już w nim zostanie – wyjaśnia.

    Kiedy powstaje kolor

    Towarzyszy też swoim studentom w dochodzeniu do koloru na płótnie. Sam z niezwykłą ostrożnością i pokorą mówi o swoich pracach. – Bierzemy farbę czy kawałek ziemi i dopiero kiedy przez proces twórczy przetransponujemy ją w kolor, możemy mówić o obrazie. To widać w obrazach religijnych, które nie zawsze są sakralne, pomimo tego, że przedstawiają Chrystusa. Wtedy obraz jest sakralny, kiedy z tej farby powstanie kolor – wyjaśnia. W filmie „Kartony witrażowe Wernera Lubosa” mówi jeszcze dobitniej: jeśli nie udaje się na płótnie czy kartonie uzyskać koloru „to jest to tylko zgrabnie położony układ farb. Ja tego w ogóle nie nazywam obrazem”. – Kluczem do tej wystawy jest to miejsce – mówi prof. Lubos o pałacowej kaplicy. – Jestem wdzięczny, że mogę tu pokazać parę moich religijnych obrazów, boję się nazwać je sakralnymi. Przez wiele lat cierpiałem, podobnie jak wielu innych ludzi, że w miejscu dawnej kaplicy była toaleta. To jest dzień, kiedy poczułem pewnego rodzaju ekspiację. I to był motyw, który sprowokował mnie do pokazania poszczególnych etapów dochodzenia do mojego wyrazu artystycznego – mówi. Dwa z pokazanych tu obrazów noszą tytuły „Przemienienie” – chleba i wina. Zapis wydarzeń codziennych, wielu powiedziałoby zwykłych, a prof. Werner Lubos mówi o nich: „czysto artystyczne”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół