• facebook
  • rss
  • Nie jechaliśmy bez celu

    Mira Fiutak

    |

    Gość Gliwicki 35/2013

    dodane 29.08.2013 00:00

    Przebyli ponad 4 tysiące kilometrów. Pokonywali nie tylko odległości.

    Po 35 dniach w drodze Dream Trip, ekipa rowerowa z Pyskowic, wróciła z Fatimy. 19 sierpnia wieczorem na placu przed kościołem powitali ich bliscy – rodziny i wielu znajomych. To kolejna wyprawa zorganizowana przez ks. Adama Jasiurkowskiego z parafii Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Pyskowicach. Tym razem 12-osobowa grupa wyruszyła na zachodni kraniec Europy. Celem była Fatima, po drodze mijali inne miejsca pielgrzymkowe – Turyn, La Salette, Lourdes, Santiago de Compostela.

    „Przypadki” od Boga

    – Na początku był wielki entuzjazm, bo przejazd przez Alpy nas mobilizował, ale potem przyszły też kryzysy. Wyjątkowo trudny czas w Hiszpanii, gdzie bez przerwy mieliśmy pofałdowany teren i zaskoczyła nas pogoda. Przeszedł zimny front i zamiast upałów były deszcze. Nad ranem temperatura spadła do ośmiu stopni – mówi ks. Adam Jasiurkowski. Wspomina też wyjątkowy pod względem widokowym etap prowadzący do Lourdes. – Doświadczaliśmy tam prawdziwych cudów, które Pan Bóg dał stworzeniu. Podobnie kiedy przekraczaliśmy Alpy, wysoko na przełęczach niesamowite widoki, cały ogrom świata, gdzie człowiek czuje się taki mały. Najpierw zmaganie się ze sobą na podjazdach, ale na górze zawsze nagroda w postaci tego, co można zobaczyć – opowiada. – Od początku do końca Opatrzność niesamowicie czuwała nad nami. Mnóstwo „przypadków”, noclegi jak na zawołanie – wymienia. W końcu stanęli na placu sanktuarium w Fatimie. W przeddzień uroczystości 13 sierpnia. Najpierw uklękli i w miejscu, gdzie Maryja mówiła przez troje pastuszków do całego świata, powierzyli wiarę w naszym kraju. A potem wstali i pielgrzymi w Fatimie usłyszeli polski hymn. Następnego dnia uczestniczyli w głównych uroczystościach, w czasie których ks. Adam Jasiurkowski prowadził modlitwy w języku polskim.

    Relacje na Facebooku

    – W poprzednim roku było dużo więcej emocji, bo to była pierwsza wyprawa. Teraz byliśmy spokojniejsi, bo mieli już większe doświadczenie – mówi Aleksandra Miśków, mama Artura, który uczestniczył w ubiegłorocznej wyprawie do Rzymu. Przed wyjazdem miał poważne problemy z kolanami, do końca Fatima stała dla niego pod znakiem zapytania. – Ale dojechałem i nic mnie nie bolało. Widocznie tak miało być. Było mi to dane i udało się. Najważniejszym dla mnie momentem był wjazd na pierwszą przełęcz San Bernardino, 2066 metrów. Dojechałem tam nawet jako pierwszy, a trzy tygodnie wcześniej zastanawiałem się, w którym momencie trasy będę musiał zrezygnować – wspomina Artur, student budownictwa Politechniki Śląskiej. To on pisał większość relacji na Facebooku. – Byłem gotowy odebrać go z trasy, ale wszystko się udało i jestem z niego dumny. Jak się czyta te relacje, to jakbyśmy tam byli. Mam nadzieję, że powstanie z tego kolejna książka – mówi tata Artura, Kazimierz Miśków, który sam od 30 lat niezależnie od pogody, również zimą, jeździ do pracy z Dzierżna do Łabęd na rowerze. Cała rodzina śledziła codzienne wpisy na Facebooku. Babcia, Anna Miśków, od razu wybrała się do biblioteki po literaturę na temat miejsc, które odwiedzali uczestnicy wyprawy.

    Pokonywali siebie i kilometry

    – Córka jechała po raz pierwszy na taką wyprawę, więc to było wyzwanie, ale ona jest mocna. Zawsze jeździła na rowerze i bez problemu pokonywała po kilkadziesiąt kilometrów – mówi Ewa Gorol, mama Modesty. – Na tej wyprawie niezliczoną ilość razy pokonałam samą siebie. I to było cudowne doświadczenie. Przezwyciężanie swoich słabości to niesamowita rzecz. I tak było każdego dnia. Kiedy się dojechało, zrobiło następny krok, to dziękowało się za to Bogu – wspomina Modesta, tegoroczna maturzystka, w planach ma studia na akademii muzycznej. Jakub Zaporowski z Gliwic, student trzeciego roku transportu Politechniki Śląskiej, ma już spore doświadczenie w wyprawach rowerowych, ale ta miała inny charakter. Najważniejsze chwile w czasie tej drogi? – Dla mnie te, kiedy zdobywaliśmy kolejne cele – odpowiada. – Dla mnie to był miesiąc rekolekcji. Bardziej przeżywałem to jako pielgrzymkę niż stricte wyprawę rowerową. Kolejne sanktuaria to było spełnienie moich marzeń. Wcześniej nigdy w nich nie byłem. Jechaliśmy w konkretnej intencji, nie jechaliśmy bez celu, i to nas pchało do przodu – wspomina. – Grupa bardzo się zgrała. Taka wyprawa uczy odpowiedzialności, porzucania własnego egoizmu– dodaje ks. Adam Jasiurkowski. Od La Salette codziennie modlili się za siebie nawzajem, każdy wybierał kogoś z grupy. W drogę zabrali ze sobą relikwie bł. Jana Pawła II i, jak mówią, to też ich niosło przez kolejne kilometry.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół