• facebook
  • rss
  • Dwa tuziny hełmów wiary

    Mira Fiutak

    |

    Gość Gliwicki 30/2013

    dodane 25.07.2013 00:00

    Polska–Syberia. Na wcześniejszych wyprawach o. Tomasz Maniura mówił, że ich siła jest nie w nogach, ale w głowie. W tym roku, że w... miłości.

    Wdrodze spędzili dwa i pół miesiąca. Pokonali 8380 kilometrów. 18 lipca wieczorem razem z grupą, która pojechała na Syberię autokarem, rowerzyści dotarli do Lublińca, gdzie na bulwarze im. F. Grotowskiego przygotowano im powitanie w ramach koncertu „Gospel w mieście”.

    Wśród witających byli bp Jan Wieczorek i burmistrz Lublińca Edward Maniura. – Bardzo dużo siły dawało nam to, że jedziemy za Polskę – powiedział podczas powitania o. Tomasz Maniura, oblat z Kokotka, odpowiedzialny za Centrum Formacji NINIWA. To była kolejna – po Wilnie, Kijowie, Rzymie, Jerozolimie, Maroku i Nordkapp – zorganizowana przez niego wyprawa rowerowa. Jak zawsze bez samochodu technicznego i zapewnionych noclegów. Tym razem 24-osobowa ekipa pojechała do Wierszyny, nazywanej Małą Polską, odległej o ponad sto kilometrów od Irkucka, na 100-lecie kościoła wybudowanego przez Polaków, którzy osiedlili się tam na początku XX wieku. Jak się okazało na miejscu, nie wszyscy mieszkańcy wierzyli w to, że rzeczywiście ktokolwiek z Polski dotrze na ich jubileusz, w dodatku na rowerze. Ale kiedy w 64. dniu wyprawy cykliści byli u celu, przy wjeździe do Wierszyny powitała ich grupa miejscowych rowerzystów z proboszczem parafii oblatem o. Karolem Lipińskim, a mieszkańcy wyszli im na spotkanie. Dla Sary i Piotra Wierzgaczów wyprawa była ich przedślubną podróżą, bo właśnie w Wierszynie postanowili wziąć ślub, po przejechaniu wspólnie ponad 8 tysięcy kilometrów. Była pożyczona łada, którą państwo młodzi zajechali przed kościół, ekipa zadbała o całą uroczystość i przygotowała zabawę weselną. To był pierwszy ślub na wyprawie NINIWA Team.

    Nie liczyli dni do końca

    – Na wyprawach najczęściej mówiliśmy, że nasza siła jest nie w nogach, ale w głowie. W tym roku mówiliśmy inaczej, że nasza siła jest w miłości – stwierdza o. Maniura. – To była duża grupa, aż 24 osoby, wśród nich sporo indywidualności i wiedziałem, że nie wytrzymamy długo razem, jeśli nie będziemy się nawzajem akceptować, przebaczać sobie, po prostu kochać się. Od początku kładłem na to nacisk. Na tej wyprawie ci ludzie naprawdę zrozumieli logikę miłości, że to polega na przyjmowaniu drugiego takim, jaki jest. Przecież nie jesteśmy święci, a wspólnota to miejsce radości i przebaczenia. To doświadczenie pogłębiało się z każdym dniem i do tego prowadziło nas codziennie słowo Boże. Jeśli można mówić o jakimś sukcesie tej wyprawy, to jest nim właśnie to – podsumowuje. Zaskoczyło go, że pomimo długości tej wyprawy, nikt nie odliczał dni do końca. W czasie powitania w Lublińcu tradycyjnie dla uczestników wyprawy przygotowany został quiz. Na Marcina Mazurka padło pytanie o stan jego roweru, o to, jak zmienił się podczas tej wyprawy. – W moim rowerze przede wszystkim zmienił się... rower. Mój nie dojechał, w Kazachstanie rama uległa zniszczeniu i ostatecznie dojechałem na nowym, który kupiłem w Astanie – opowiadał. Na żadnej wcześniejszej wyprawie nie było tylu awarii, licząc proporcjonalnie do przebytych kilometrów. Tym razem zaczęły się już w pierwszym tygodniu i uczestnicy wyprawy do końca odczuwali przykre skutki dziurawych dróg. Kuba Kostrzewski pytany o patriotyczny wymiar wyprawy wspominał flagę wielkości 3 na 2 m, którą wiózł przytwierdzoną do roweru Sławomir Kunicki, nazywany w grupie „Górnikiem”. Chwilami musiał ją ściągać, żeby nie zahaczała o tiry. – Dla mnie to są pielgrzymki w konkretnych intencjach. To jest uwielbienie Pana i to jest najważniejsze, dlatego dla mnie ta wyprawa dalej trwa i nie ma końca – powiedział ze sceny w Lublińcu „Górnik”. Z kolei Marcel Gawron dzielił się swoim wrażeniem ze spotkania z Kościołem na Wschodzie. – Zobaczyłem to, o czym tylko słyszałem. Modlimy się za misje na Wschodzie, czasem zbieramy ofiary, a tam zobaczyliśmy żywy Kościół. I przekonałem się, że daleko na Wschodzie Polska jest czymś wyjątkowym – opowiadał.

    Kask Hani w Wierszynie

    Prawdziwą próbą dla całej grupy był wypadek Hani Witczak podczas górskiego zjazdu niedaleko Irkucka, w 63. dniu wyprawy. – To bardzo zjednoczyło grupę. Widziałem, jak od tamtego momentu niesamowicie wzrósł szacunek między nami – wspomina o. Tomasz Maniura. Codziennie do szpitala jeździły dwie osoby z ekipy, o. Maniura w ciągu dnia musiał być z grupą, więc przyjeżdżał tam z Komunią w nocy. A droga z Wierszyny do Irkucka, chociaż to około 130 kilometrów, zabierała trzy godziny w jedną stronę. Hania wróciła do kraju samolotem i była obecna na powitaniu całej grupy w Lublińcu. – To był trudny i piękny czas. Chciałabym tam wrócić – mówi. Szczególnie wspomina dzień, kiedy jechali w intencji Rosji – 24 czerwca, 24 uczestników, 24 godziny. – Ojciec nazwał to egzaminem z miłości. To była już końcówka naszej drogi i wtedy właśnie zrozumiałam, że cała ta wyprawa była dla mnie lekcją. Każdego dnia uczyliśmy się tej miłości do Pana Boga, drugiego człowieka i do siebie. A później ten wypadek, który trzeba było przyjąć... Mówili, że grupa potem miała dodatkową moc. Cieszę się, że tak było – dodaje. Jej rower dotarł do Wierszyny, symbolicznie dojechała na nim Justyna Kotas. Ale nikt nie ma wątpliwości, że Hania osiągnęła cel wyprawy. NINIWA Team zawiózł do kościoła w Wierszynie relikwie bł. księdza Jerzego Popiełuszki. Razem z nimi zostawili tam zniszczony kask Hani. Kiedy w pierwszych dniach wyprawy towarzyszył im w drodze o. Andrzej Jastrzębski, w kazaniu powiedział, żeby ich kaski są jak hełmy wiary, o których mówił św. Paweł. Potem przekonali się, że tak jest faktycznie. Na powitaniu w Lublińcu zabrakło trójki uczestników. Justyna Kotas, Filip Hepner i Mateusz Mika pojechali dalej. Właśnie są w drodze do... Pekinu.•

    Wyprawa w liczbach

    • 8380 km • 4 kraje (Polska, Białoruś, Rosja, Kazachstan) i powrót autokarem przez Ukrainę

    • 24 uczestników • średnio 172 km dziennie

    • 10 tygodni jazdy, z tego na rowerze spędzone w sumie 49 dni, w pozostałe – odpoczynek

    • 24 osoby w grupie autokaro- wej, z która wracali rowerzyści

    • 3 godziny spóźnienia na powitanie uczestników 2,5-miesięcznej wyprawy

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół