• facebook
  • rss
  • Mocni jak kamień

    Mira Fiutak

    |

    Gość Gliwicki 24/2013

    dodane 13.06.2013 00:00

    – Powtarzałam zawsze dzieciom: najważniejsze, żeby w domu była zgoda i żeby nigdy drugiemu człowiekowi nie zrobić krzywdy – mówi Paulina Mandziej. Z mężem Stanisławem przeżyli razem 70 lat.

    Siadają do wspólnego zdjęcia. Ona splata dłonie, on układa równo na kolanach. Dokładnie tak, jak na swojej ślubnej fotografii sprzed lat. Tyle że wtedy panna młoda trzymała w rękach bukiet. Pochodzą z Litiatyna, niedaleko Tarnopola. Tam się obydwoje wychowali, tam pobrali i stamtąd wyruszyli do... Polski, której granice po zakończeniu wojny nieoczekiwanie dla nich przesunęły się. Tak znaleźli się w Bojkowie, gdzie mieszkają od 1945 roku. Nie ma tu drugiej pary z tak długim stażem małżeńskim. Wychowali troje dzieci, najstarszy syn już nie żyje, mają 7 wnuków i 6 prawnuków.

    Dwa domy

    Pobrali się 15 maja 1943 r. Rok po ślubie mąż poszedł na wojnę, gdzie służył jako radiotelegrafista. 31 marca 1945 r. urodził się ich najstarszy syn, a już 1 maja ruszali na zachód zapakowani w towarowe pociągi. Pani Paulina maleńkie dziecko ułożyła na podróż w drewnianej formie do wypiekania chleba. W nieznane jechała razem z ojcem i sześciorgiem rodzeństwa oraz całą grupą przesiedleńców z Litiatyna, wśród których był też ich proboszcz. Po zakończeniu wojny mąż odnalazł ją z dzieckiem w Bojkowie. – Wtedy myśleliśmy, że pobędziemy tu z rok i pojedziemy do domu – wspominają. Do dziś, chociaż minęło już tyle lat, „domem” jest dla nich ten zostawiony na Kresach. Ich córka, Kazimiera Kelly, mieszka w Nowym Jorku. Wyjechała w 1981 r. na wakacje, tam zastał ją stan wojenny i już nie wróciła. Wyszła za mąż za Amerykanina, ma dwie córki, obie mają mężów Polaków. Od ponad 30 lat pani Kazimiera co roku przyjeżdża do Polski, dla niej z kolei „dom” to ten w Bojkowie. Mąż jej córki Joanny też pochodzi z Bojkowa, ich córeczka, 2-letnia Zosia, już dwa razy była w Polsce. Państwo Mandziejowie mieli 5-hektarowe gospodarstwo i ciężką pracę na nim. Pan Stanisław rozbudowywał dom. – Sami wszystko robiliśmy. Starałem się, żeby było porządnie i dokładnie – wspomina. Był cenionym szewcem, zaraz po wojnie nie tylko naprawiał, ale też robił buty, oficerki ze skóry. Ma wiele talentów rzemieślniczych, robił biżuterię – obrączki, kolczyki. Poza tym potrafi grać na różnych instrumentach. – Bez żadnej szkoły muzycznej, po prostu ma dobry słuch i sam nauczył się grać. Mama wspomina, że tato był najlepszym kawalerem w wiosce – uśmiecha się córka.

    Ziemia jest, żeby rodzić

    Pani Paulina nigdy nie pojechała do Litiatyna, chociaż bardzo chciała. – Nie można było zostawić gospodarstwa – mówi z przekonaniem. – Mama bardzo ciężko pracowała, ale lubiła tę pracę na polu. I do dziś tak jest. Sąsiedzi mają ogródki ładnie obsiane trawnikiem, a mama uprawia warzywniak i męczy się niepotrzebnie, bo nie wyobraża sobie, żeby marchewkę kupować w sklepie – mówi córka. – Jak to tak, żeby ogródek stał nie obrabiany? Na to ziemia jest, żeby rodzić. Tak nas ojciec wychował. Ale teraz ta praca to tylko taka rozrywka. Jak się zmęczę, to trochę odpocznę i szukam sobie dalej roboty – dodaje pani Paulina. – Mama jest wielką optymistką i jest bardzo wierząca, a to trzyma człowieka w dobrej kondycji – mówi córka. – Na diecie żyje się dłużej – uśmiecha się pani Paulina, która ponad 20 lat temu przeszła chorobę nowotworową i operację. Chociaż sama ma dietę, to dla innych chętnie lepi własnoręcznie pierogi. – A ja całe życie nie chodziłem do lekarzy i bardzo dobrze się czuję – dodaje mąż. Pomimo szacownego wieku 93 lat pan Stanisław na powitanie całuje kobiety w rękę. Ostatnio trudniej mu chodzić do kościoła, dlatego w pierwsze piątki miesiąca odwiedza go ksiądz w domu. Natomiast żona, młodsza o 6 lat, co niedziela jest na Mszy. – Kiedy zostałem tu proboszczem i poznawałem ludzi, to na nazwisko Mandziej wszyscy mówili z uznaniem: to ten szewc. To bardzo pobożne małżeństwo. Odwiedzamy ich w każdy pierwszy piątek, ale dla pani Pauliny nie ma niedzieli bez Mszy i, jak tylko kondycja jej pozwala, jest też na środowych nabożeństwach do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Ma taką dużą troskę o dom, o rodzinę i jest to tak mocno zakorzenione w Boże zamysły, we wszystkim potrafi odnaleźć wolę Bożą. Bardzo chętnie rozmawia na temat swojej wiary – mówi ks. Bogdan Benedik, proboszcz parafii Narodzenia NMP w Gliwicach-Bojkowie. Chwilę wcześniej w rozmowie pani Paulina stwierdziła: – Po co mówić o byle czym, lepiej o tym, co jest najważniejsze – i opowiadała o swoim doświadczeniu wiary. Z okazji 70. rocznicy ślubu państwa Mandziejów, czyli kamiennych godów, 8 czerwca biskup gliwicki Jan Kopiec przewodniczył Eucharystii w ich intencji w kościele parafialnym w Bojkowie.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół