Chcemy dawać człowiekowi nadzieję

Klaudia Cwołek

|

Gość Gliwicki 05/2020

publikacja 30.01.2020 00:00

Siostra Agata Solas, Hiszpanka, karmelitanka misjonarka, mieszkająca w Zabrzu, mówi o istocie życia konsekrowanego poświęconego Bogu, swojej fascynacji św. Teresą z Ávili i zachowywaniu wewnętrznej wolności.

S. Agata Solas CM S. Agata Solas CM
Klaudia Cwołek /Foto Gość

Klaudia Cwołek: Jak to się stało się, że Siostra zamieszkała w Polsce?

Siostra Agata Solas: Przynależąc do międzynarodowego zgromadzenia zakonnego misyjnego, w duchu posłuszeństwa przyjmujemy posłanie do posługi tam, gdzie, jak mówił nasz założyciel, bł. Franciszek Palau, „wzywa nas chwała Boża”.

Kierunek „Polska” nie był dla Siostry zaskoczeniem?

Nie, bo równie dobrze mogły to być Indie czy jakikolwiek inny kraj na świecie, ponieważ tworzymy nasze wspólnoty na pięciu kontynentach. Dla karmelitanki misjonarki przydzielone miejsce posługi nie powinno być zaskoczeniem. W Zabrzu jestem od września ubiegłego roku, w Polsce od 30 lat.

Czy wasze wspólnoty są zwykle międzynarodowe?

Nasze zgromadzenie ma charakter misyjny, więc naturalne jest, że w jednym domu mieszkają siostry różnych narodowości. Dzisiaj ta wielokulturowość wspólnot jest większa.

Przeciętnemu człowiekowi Karmel kojarzy się z oddzieleniem od świata i życiem w klauzurze. Tymczasem wy, będąc siostrami zakonnymi, przemieszczacie się po całym niemalże świecie. Na czym polega życie karmelitanki misjonarki?

Dla nas ważne są dwa elementy: kontemplacja i misja. Staramy się dbać najbardziej o wymiar kontemplacyjny, bo kontemplacja możliwa jest nie tylko w czasie ściśle przeznaczonym na modlitwę; cały dzień naznaczony jest Bożą obecnością, także podczas wykonywania różnych zadań. Już św. Teresa z Ávili, wielka mistyczka i doktor Kościoła z XVI wieku, mówiła, że Pan Bóg jest także pośród garnków i rondli. Oczywiście, rano i po południu spotykamy się w kaplicy na wspólnej modlitwie, ale potem każda siostra ma swoje apostolstwo i zadania do wykonania, zwykle poza domem. Pod tym względem jest u nas podobnie jak w rodzinie – rano wstajemy, później wychodzimy do swoich zajęć. Życie dziś jest bardzo wymagające i my też pracujemy w różnych miejscach.

Jak w minionych latach zmieniał się styl życia w waszym zgromadzeniu?

Od mojego wstąpienia do Karmelu w 1965 roku całkowicie! Przedtem nasze wspólnoty mieszkały i wspólnie pracowały przy szkołach i szpitalach, które prowadziły. Obecnie mieszkamy razem, ale każda siostra zatrudniona jest praktycznie w innym miejscu. Ten fakt jest bardzo wymagający i przez to zmienia się charakter życia wspólnego: trudno oczekiwać, by siostry były zawsze o tej samej porze razem. Na zewnątrz pracujemy według takiego harmonogramu, jaki dyktuje świat. Jeśli siostra jest pielęgniarką, to ma dyżury o różnych porach, także w nocy. To wpłynęło na nasze zakonne życie.

Wasza wspólnota w Zabrzu jednak nadal mieszka w tym samym domu, w którym prowadzicie świetlicę dla dzieci, więc chyba udało się zachować coś z tradycyjnej formy?

Styl życia jest ten sam, naznaczony przez nasz charyzmat, który staramy się pielęgnować w każdej naszej wspólnocie, zmienia się natomiast sposób, bo jedna siostra pracuje w szkole, druga studiuje w Katowicach, a trzecia – dwa razy w tygodniu uczy religii poza Zabrzem. Ja z kolei troszczę się o dom i świetlicę; będąc cały czas na miejscu, odpowiadam na to, co przynosi codzienność. Co tydzień uczestniczę w spotkaniu Legionu Maryi w naszym domu, wraz z kilkoma paniami z naszej dzielnicy wykonuję ręcznie różańce na rzecz naszych misji. Współpracuję też w prowadzeniu świetlicy, m.in. pomagam w przygotowaniu podwieczorków dla dzieci. W innych krajach starsze siostry odwiedzają osoby chore i samotne w domach, roznosząc Komunię Świętą. Taką posługę pełniłam np. w Alghero (Sardynia) i w Rzymie, gdzie to jest praktykowane. W Hiszpanii siostry w wieku emerytalnym angażują się jeszcze w pomoc dla migrantów, których jest tam bardzo dużo, we współpracę z różnymi organizacjami wspierającymi wykluczonych, np. odwiedzają więźniów, towarzyszą ofiarom handlu ludźmi czy pomagają w naszych domach duchowości.

Jaka jest istota życia konsekrowanego?

Naśladowanie Jezusa – czystego, ubogiego i posłusznego.

A istota życia karmelitanki misjonarki?

Naśladowanie Jezusa. To jest oczywiście sens życia każdego chrześcijanina, ale nas wyróżnia styl, złożone śluby zakonne i zobowiązanie do przestrzegania konstytucji zgromadzenia.

Czy wśród wielkich świętych Karmelu ma siostra jakieś szczególnie bliskie osoby?

To przede wszystkim Jan od Krzyża i Teresa Wielka – ona najbardziej. Już w szkole poznałam te postaci, które przedstawiane nam były jako reprezentanci Złotego Wieku Hiszpanii. Bardzo mnie to zainteresowało. Jeszcze przed wstąpieniem do Karmelu czytałam dzieła św. Teresy z Ávili. Zawdzięczam to mojej nauczycielce literatury, która przede mną została karmelitanką misjonarką, ale wcześniej zdążyła uczniom przekazać swoją pasję.

Czego możemy uczyć się od św. Teresy, będąc świeckimi osobami?

Teresa była kobietą wolną, szukającą prawdy od lat dziecięcych. O swoim życiu w wielu miejscach mówiła, że jest ono ruín, czyli takie trochę marne, tak to mniej więcej można przetłumaczyć. To był efekt jej konfrontacji z Bogiem. Gdy lepiej poznała siebie, zrozumiała, jak wielka odległość dzieli ją od Niego. Dlatego zachęcała swoje córki duchowe do rozeznawania, stawania w prawdzie o sobie przed Bogiem. Nie była psychologiem, ale miała wielką znajomość psychiki ludzkiej. Przeżywając różne kryzysy, codziennie zestawiała swoje życie z Męką Pana Jezusa, czytając fragment Ewangelii. Innym też to zalecała. Ona sama była mistyczką. Choć wielu jest ludzi, którzy prowadzą życie kontemplacyjne, nie każdy ma tę łaskę, bo to specjalny dar Boga. Mimo to Teresa, jak każdy, musiała walczyć w życiu. Też była grzesznikiem, tak siebie zresztą postrzegała. Jednak ludzie często mają tendencję do umniejszania swoich grzechów, a ona maleńkie sprawy widziała jako wielkie i znaczące. Już w klasztorze przeżyła wielkie nawrócenie, dzięki któremu stała się wewnętrznie wolna, a to znaczyło, że na wzór Jezusa ufała już nie sobie, tylko Ojcu. I to jest dobra, choć trudna lekcja dla każdego z nas.

Jak można stawać się wolnym w swojej codzienności z niezliczoną ilością spraw do ogarnięcia?

Po prostu ufać we wszystkim Bogu, a nie samemu sobie i swoim możliwościom. Człowiek może myśleć, że wszystko robi sam, wszystko zawdzięcza swoim zdolnościom, Bóg nie jest mu potrzebny. Ale tak jest do czasu i to jest mentalność pogańska. Normalne jest, że szukamy szczęścia, ale obecnie powszechnie sprowadza się to do wybierania przyjemności i wygody na dziś, na teraz, bez patrzenia w przyszłość, bez liczenia się z wartościami. I to jest też wielkie wyzwanie dla życia konsekrowanego – dać człowiekowi nadzieję na jutro. Wszystkim – dzieciom, młodzieży, dorosłym, osobom w podeszłym wieku. I wszędzie spotykamy się z ludźmi. Nadzieja jest jedną z najbardziej potrzebnych dziś spraw, bo człowiek zapomina często, Komu ma ufać i że nie wystarcza sam sobie. Jeżeli tego nie wiemy, to trzeba o to prosić, bo dla wielu ludzi życie nie ma dziś sensu, stąd taka duża liczba samobójstw. Dlatego nieocenionym darem, jaki dziś każdy chrześcijanin, a szczególnie osoba konsekrowana, powinien ofiarować drugiemu, jest nadzieja. Można to robić w różny, nawet bardzo prosty sposób – przez życzliwe słowo, pokazanie, że między nami mimo wszystko jest Bóg, który pomaga. Dzisiaj mało jest takiej wrażliwości. Najlepszym przykładem takiego zawierzenia w codzienności jest Maryja, która od początku do końca ufała Bogu i wierzyła, że to, co proroctwa mówią, to się spełni. Choć też nie zawsze było Jej łatwo, umiała jednak czekać i tego możemy się od Niej uczyć. • klaudia.cwolek@gosc.pl