Nowe szaty Chrystusa Króla

Szymon Zmarlicki

|

Gość Gliwicki 50/2019

publikacja 12.12.2019 00:00

Gliwicka świątynia czekała na to ponad 80 lat, a skutki II wojny światowej pokutują po dziś dzień. Ostatecznie budowę udało się ukończyć i nad miastem góruje już nowa, 45-metrowa wieża.

Kościół w promieniach zachodzącego słońca. Kościół w promieniach zachodzącego słońca.
Szymon Zmarlicki /Foto Gość

Wybudowany w latach 30. ubiegłego wieku kościół pw. Chrystusa Króla w Gliwicach tak naprawdę nigdy nie został ukończony. Aż do teraz. Według pierwotnego projektu austriackiego architekta Karla Mayra, nad świątynią miała górować pokaźna wieża, ozdobiona ażurową sceną Ukrzyżowania i złotą koroną.

Jednak w przedwojennych realiach, przy ograniczonych środkach finansowych i wobec konieczności zamieszkania księży w pobliżu, zdecydowano się przeznaczyć dostępne środki na budowę plebanii, a dzwonnicę wykończyć tymczasową, drewnianą konstrukcją, która ostatecznie wytrzymała – nie bez szwanku – ponad 80 lat.

Jak najwięcej oryginału

Starania o nadbudowę wieży rozpoczął już pierwszy proboszcz parafii Chrystusa Króla ks. Brunon Pattas, zlecając w 1939 r. opracowanie koncepcji dokończenia budowy Theo- dorowi Ehl i Otto Linderowi. Temat ponownie powrócił ok. 10 lat temu, kiedy poprzedni proboszcz, ks. Artur Sepioło, zainteresował nim studentów architektury na Politechnice Śląskiej. Wówczas z kilkudziesięciu przygotowanych przez nich projektów została stworzona wystawa, a parafianie mieli nawet możliwość zagłosowania na propozycję, która najbardziej przypadła im do gustu. T

amte projekty, jak podkreśla obecny proboszcz ks. Jacek Orszulak, nie miały żadnego wpływu na wygląd nowej wieży, jednak były dowodem na to, że już wtedy temat był wśród parafian bardzo żywy. – Na początku podczas odwiedzin kolędowych pytano mnie, co z wieżą, a ja odpowiadałem wprost: „Jak to co, przecież jest”. Ale później, poznając historię, dochodziłem do wniosku, że sprawa jej dokończenia była ciągle aktualna – zauważa. Prace związane z nadbudową ruszyły wiosną tego roku według całkowicie nowej koncepcji.

– To jest mój kościół od 30 lat i ten budynek zawsze był mi bardzo bliski. Dlatego moim podstawowym założeniem było, żeby nie zrobić mu krzywdy – podkreśla architekt Robert Krawczyk, projektant wieży. – Było to trudne, bo w przypadku projektowania tak ważnych budynków jak kościoły, każdy architekt chce odcisnąć swoje piętno. Natomiast tutaj starałem się ograniczyć swoje pomysły. Kiedy obejrzymy wieżę dookoła, to jest ona powtórzeniem form i pomysłów Karla Mayra, jakie miał na tę świątynię i które zawierały się już w jej bryle. Dzwonnica jest w zasadzie powtórzeniem prezbiterium, a poczwórne okna – okien z nawy głównej, podobnie gzymsy odpowiadają tym z dołu. Moim zadaniem było więc jedynie poskładanie tego razem – tłumaczy.

Projekt zagadka

Pytany o największe wyzwania, z jakimi musiała się zmierzyć budowa, Robert Krawczyk wskazuje na problemy finansowe, które towarzyszyły budowaniu wieży od samego początku historii kościoła. Jak dodaje, wówczas przeszkodą okazał się także spór architekta z ówczesnym proboszczem i radą parafialną, jednak ks. Orszulak zaraz dopowiada, że obecnie nic podobnego nie miało miejsca, a inwestycja została w całości pokryta z ofiar wiernych. Projektant przyznaje jednak, że obawiał się różnych trudności.

– Wśród niektórych parafian wciąż pokutowały teorie o rzekomo słabym i osiadającym gruncie pod kościołem, co niegdyś miało być przyczyną wstrzymania prac nad dokończeniem dzwonnicy. Albo o niedostosowaniu konstrukcji budynku do oparcia na niej tak wysokiej wieży. Ciągle spotykane były opinie, że pierwotnie miała ona mieć wysokość 60 metrów, ale nie ma żadnych dokumentów, które by to potwierdzały – wyjaśnia.

Głównym problemem był natomiast brak oryginalnego projektu, którego nie udało się odnaleźć ani na terenie parafii, ani w innych archiwach. Jedynymi dostępnymi materiałami są dwa rysunki z widokami bocznych elewacji (stąd nieznany jest projekt frontu dzwonnicy stworzony przez Karla Mayra) oraz rycina na cegiełce rozprowadzanej przed rozpoczęciem budowy kościoła, które wskazują jednak na wysokość wieży sięgającą nieco ponad 50 metrów. Dlatego nadbudowę poprzedził szereg badań i ekspertyz, które miały przede wszystkim potwierdzić możliwość jej wykonania. Następnie na szkicach przymierzano różne proporcje wieży do bryły całej świątyni, w wyniku czego wysokość 45 metrów okazała się optymalną.

Melodia dzwonu przyszłości

– Trener miejscowej drużyny piłkarskiej Waldemar Fornalik mawia, że nagrody rozdaje się na koniec sezonu – odpowiada dyplomatycznie proboszcz, zapytany, czy jest zadowolony z efektu końcowego. A sezon jeszcze się nie skończył, bo w przyszłym roku planowane są drobniejsze prace wykończeniowe przy dzwonnicy, jednak nie będą już one tak widoczne i uciążliwe jak do tej pory. Na razie w wieży nie ma też dzwonów, a charakterystyczny dźwięk jest zastępczo generowany przez elektroniczne nagłośnienie.

Co znamienne, ich brak też jest pokłosiem wojny. W 1935 r. zostały zamontowane cztery dzwony i w tym komplecie przetrwały zaledwie kilka lat, bo już w 1941 r. trzy z nich zarekwirowały na cele wojenne niemieckie władze okupacyjne. – Ślad po nich zaginął. Są teorie o ich przetopieniu, według innych zaginęły i nadal gdzieś są. Tutaj ostał się tylko jeden, dzwon św. Barbary, który po renowacji jest eksponowany wewnątrz kościoła. Miejsce na nowe dzwony jest, konstrukcja wieży została na to przygotowana, natomiast to sprawa ciągle otwarta – wyjaśnia ks. Orszulak. Jak podkreśla proboszcz, cała budowa przebiegła bez poważnego wypadku, co w budownictwie nie jest oczywistością. – Dlatego chcemy zgiąć kolana przed Chrystusem Królem, na chwałę którego jest to wszystko – akcentuje.