Kuracja – eliminacja

Szymon Zmarlicki

|

Gość Gliwicki 43/2019

publikacja 24.10.2019 00:00

W zbiorowej mogile na opuszczonym, zaniedbanym cmentarzu przy szpitalu psychiatrycznym w Lublińcu spoczywa – według oficjalnych szacunków – 194 dzieci. To ofiary makabrycznego „leczenia”, za pomocą którego naziści pod osłoną wojny wprowadzali swój plan likwidacji słabszych jednostek.

►	Tablica upamiętniająca małe ofiary zbrodni. ► Tablica upamiętniająca małe ofiary zbrodni.
Szymon Zmarlicki

Rok 1939. Lubliniec jest małym, prowincjonalnym miasteczkiem, liczącym około 8 tys. mieszkańców. Może poszczycić się jednak sięgającą XIX w. tradycją wychowania i kształcenia dzieci i młodzieży, zwłaszcza tej „trudnej”, a także leczenia osób psychicznie chorych w rozległym kompleksie szpitali.

W trzecim tygodniu wojny kierownictwo lublinieckiego zakładu psychiatrycznego obejmuje dr Ernst Buchalik – 34-letni lekarz ze szpitala psychiatrycznego w Toszku, członek NSDAP, „katolik, mąż i ojciec”, jak wymownie przedstawia go jeden z artykułów historycznych w „Szkicach Lublinieckich”. W kolejnych latach setki dzieci, które trafią tam na kurację, staną się ofiarami przerażającego eksperymentu, choć to wyjątkowo łagodne określenie. Większość z nich już nigdy stamtąd nie wyjdzie – ani zdrowych, ani chorych… ani żywych.

Osobliwa selekcja

We wrześniu 1941 r. z Dolnego Śląska do Lublińca przybył pierwszy duży transport dzieci, dla których utworzono osobny oddział (wcześniej do szpitala przyjmowano tylko pojedyncze dzieci). Rok później założono Klinikę dla Dzieci z dwoma oddziałami. Pierwszy z nich – oddział A – mieścił się w zamku, gdzie dziś działają hotel i restauracja. Pacjenci w wieku od kilku miesięcy do 18 lat – z różnymi dysfunkcjami układu nerwowego i różnym stopniem upośledzenia umysłowego – byli tam poddawani najwyżej kilkutygodniowej obserwacji i selekcji. Ci, którzy wykazywali przesłanki do udanej terapii i podejmowania choćby prostych prac, czyli w przyszłości mogli być przydatni dla państwa niemieckiego, byli kierowani do innych placówek psychiatrycznych lub ośrodków wychowawczych. Natomiast pozostali, u których lekarze z różnych względów nie doszukali się (lub nie chcieli się doszukać) lepszych perspektyw na poprawę, trafiali do oddziału B w dawnym budynku folwarcznym.

To właśnie tam czekało na nich psychotropowe piekło. Jak tłumaczy dr Sebastian Ziółek, historyk i nauczyciel w Zespole Szkół nr 1 im. Adama Mickiewicza w Lublińcu, oprawcy nie kierowali się kryterium narodowościowym, bo na oddział B trafiały dzieci polskie, żydowskie, a także niemieckie, których było całkiem sporo. W selekcji pomagały natomiast wątpliwej wiarygodności testy na inteligencję w języku niemieckim, które zawierały pytania np. o datę i miejsce urodzin Adolfa Hitlera czy o to, kim jest pierwszy kanclerz Rzeszy Otto von Bismarck.

Dlatego wiele dzieci z polskich szkół, które nie zapewniały im takiej wiedzy, mogły trafić na oddział niesłusznie uznane za ułomne. Tym bardziej, że nie były w stanie pokonać bariery językowej Ponadto na etapie selekcji dzieci były poddawane pneumoencefalografii – badaniu wyjątkowo bolesnemu, bo polegającemu na spuszczeniu z mózgu części płynu mózgowo-rdzeniowego i zastąpieniu go powietrzem, dzięki czemu można było wykonać kontrastowe zdjęcie rentgenowskie. Przeprowadzano je, choć w tamtym czasie była już dostępna inna, całkowicie nieinwazyjna i bezbolesna metoda badania mózgu.

Luminal i „Mengele w spódnicy”

Trzeba zauważyć, że pacjenci byli kierowani do Lublińca w dobrej wierze – poza personelem nikt nie wiedział bowiem, co tak naprawdę dzieje się w szpitalnych murach. Dzieci przyjeżdżały tu z Górnego i Dolnego Śląska, a także z Zagłębia, Saksonii i innych rejonów III Rzeszy. Trafiały tu z zalecenia lekarzy albo z inicjatywy władz administracyjnych czy sądowych, a często nawet na wniosek samych rodziców.

Mordercze działania nasiliły się, gdy w 1942 r. dr Ernst Buchalik powrócił z wizyty w klinice dla dzieci w Brandenburgu, gdzie opracowano i testowano podobne metody „terapii” oraz sposoby ukrywania jej śmiertelnych skutków. Wraz z dr Elizabeth Hecker, określaną później jako „Mengele w spódnicy”, zlecali aplikowanie większości podopiecznych luminalu, a czasami również innych substancji, takich jak weronal czy morfina. Ale powiedzieć, że były to końskie dawki, to jak nic nie powiedzieć. Niektórzy pacjenci kilka razy dziennie otrzymywali znacznie przekroczoną dopuszczalną dawkę terapeutyczną luminalu – środka o działaniu nasennym i uspokajającym. Dzieci były po nim bezwładne i oszołomione, traciły równowagę, wymiotowały, słaniały się w letargu albo czołgały po podłodze, na której często umierały. Niektóre przeżywały zaledwie kilka dni, inne – kilka tygodni, a nawet miesięcy.

Śmierć następowała zwykle w wyniku przewlekłego zatrucia, zaburzeń czynności organów wewnętrznych, infekcji, gorączki i postępującego wyniszczenia organizmu. Miesięcznie umierało w ten sposób od 6 do 12 dzieci. Jako powód zgonu zwykle podawano zapalenie płuc, niekiedy także dysfunkcję układu oddechowego czy krążenia. Następnie wypreparowane mózgi zmarłych pacjentów były wysyłane do instytutu we Wrocławiu, gdzie badano wpływ dużych dawek luminalu na mózg.

Według oficjalnych szacunków, ustalonych w śledztwie Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, w ten sposób zostało zamordowanych 194 dzieci. Liczba ta wynika z dokumentacji medycznej, która jednak pod koniec wojny nie była już rzetelnie prowadzona. Szacuje się, że w sumie mogło być ponad 200, a nawet ponad 300 ofiar. Dokładna liczba prawdopodobnie nigdy nie zostanie poznana.

Maskowana zbrodnia

Działania w dziecięcym szpitalu psychiatrycznym były doskonale kamuflowane. – W prasie niemieckiej tamtego okresu chwalono się, że w Lublińcu istnieje duży ośrodek leczenia dzieci, ale oficjalnie nikt nie wiedział o praktyce ich zabijania, było to skrzętnie ukrywane. Nie bez powodu podjęto się tego procederu w prowincjonalnym wówczas miasteczku, w folwarcznych zabudowaniach położonych na uboczu kompleksu szpitalnego. Oprócz tego, gdy mali pacjenci byli odwiedzani przez krewnych, personel sprawiał pozory profesjonalnej opieki i wystawiał ich na słońce, żeby dobrze wyglądali – tłumaczy dr Sebastian Ziółek.

Jak dodaje, w przypadku zamiaru uśmiercenia dziecka kierownictwo szpitala każdorazowo musiało występować o zgodę do specjalnej komisji w Berlinie, choć zdarzały się przypadki fałszowania dokumentacji medycznej, a ze względu na wojenną zawieruchę i utrudnioną komunikację nie można wykluczyć także zabijania pacjentów bez spełnienia żadnych procedur. – Ten program, który wpisuje się w politykę państwa niemieckiego i akcję T4 [fizycznej „eliminacji życia niewartego życia” – red.] trzeba nazwać nie eutanazją, która w założeniu ma być „dobrą śmiercią” i skrócić cierpienia pacjenta, lecz „tanazją”, czyli po prostu zabójstwem lub – jak z medycznego punktu widzenia precyzują inni badacze – celowym otruciem. Dzieci umierały w męczarniach i chodziło tylko o to, żeby wydłużyć śmierć, tak by nie wyglądała na zamierzone działanie – wyjaśnia historyk.

Bez konsekwencji

Liczbę ofiar udało się oszacować na podstawie przypadkiem odnalezionego zeszytu, w którym dr Ernst Buchalik zapisywał podawane pacjentom dawki leków. Dziennik zawiera 256 nazwisk. Zarówno on, jak i dr Elizabeth Hecker, która w głównej mierze zajmowała się selekcją i samym procederem uśmiercania dzieci, po wojnie nie zostali w żaden sposób pociągnięci do odpowiedzialności za swoje zbrodnie. Wprawdzie przeciwko dr. Buchalikowi w latach 70., po jego przeprowadzce z NRD do RFN, toczył się proces, jednak nie został skazany, gdyż według wydanych przez specjalistów opinii zlecane dawki luminalu nie były śmiertelne, zaś sam oskarżony zasłaniał się niepamięcią.

Z kolei w przypadku dr Hecker została przygotowana jedynie dokumentacja procesowa, lecz sprawa uległa przedawnieniu. Jak zauważa jednak dr Ziółek, bardziej rzetelne procesy wymagałyby współpracy zachodnioniemieckiego wymiaru sprawiedliwości z PRL, co w okresie zimnej wojny było znacznie utrudnione, a RFN – nie mając bezpośrednich dowodów – w pewnym stopniu chroniło takie osoby. To osobny problem pociągania do odpowiedzialności zbrodniarzy niemieckich. Oboje lekarze – o ile jest jeszcze godnym tak ich nazywać – zrobili po wojnie kariery i byli w Niemczech uznawanymi, a nawet nagradzanymi psychiatrami oraz spokojnie dożyli starości. Dopiero w 2013 r. dr Hecker pośmiertnie odebrano przyznane za życia wyróżnienia i odznaczenia.

O ich bestialskich czynach wymownie świadczy krzyż nad mogiłą zamordowanych dzieci oraz ujawniane w latach 60. i później szczątkowe, makabryczne świadectwa kilku pacjentów, którzy przeżyli zabójczą „kurację”.•