Afryka w Nakle

Szymon Zmarlicki

|

Gość Gliwicki 38/2019

publikacja 19.09.2019 00:00

Dzięki współpracy dwóch organizacji z Mysłowic i Nakła Śląskiego do dzieci w Ugandzie trafią koszulki.

Ks. Walter Wokorach z Małgorzatą Wildner i ks. Eugeniuszem Billem, nakielskim proboszczem. Ks. Walter Wokorach z Małgorzatą Wildner i ks. Eugeniuszem Billem, nakielskim proboszczem.
Szymon Zmarlicki /Foto Gość

Inicjatorką pomocy dla dzieci w Ugandzie jest pochodząca z Mysłowic Małgorzata Wildner, która założyła fundację EDUganda, wspierającą edukację w tym niewielkim kraju nad Jeziorem Wiktorii. Organizacja powstała jako owoc Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, na które przyjechał z Afryki ks. Walter Wokorach.

– Ksiądz Walter mieszkał u mnie w czasie ŚDM, a później nadal utrzymywaliśmy kontakt. Pojechałam do Ugandy z rewizytą. Zobaczyłam wtedy, ile jest dzieci, które nie chodzą do szkoły, poznałam kraj, tamtejszą rzeczywistość i potrzeby ludzi. Wróciłam do domu z przekonaniem, że skoro nam tutaj niczego nie brakuje, to trzeba im jakoś pomóc – wyjaśnia Małgorzata Wildner.

Cuda z radia

Fundacja ma w Ugandzie 13 podopiecznych, którym opłaca czesne za szkołę z internatem. Dzięki temu mogą się uczyć i są z tego powodu bardzo dumne. Poza tym do dzieci trafiają materiały szkolne, takie jak zeszyty czy przybory do pisania, a także inne drobne prezenty. Misją organizacji jest również uświadamianie ludzi w Polsce, jak wygląda życie w Ugandzie.

Założycielka fundacji usłyszała kiedyś w Radiu eM o Dziele Świętego Mikołaja z Nakła Śląskiego, które w zeszłym roku zorganizowało akcję zbierania koszulek dla dzieci z Afryki. A ponieważ sama przymierzała się wtedy do wysyłki odzieży do Ugandy, skontaktowała się i nawiązała współpracę z wolontariuszami z Nakła, którzy mieli już doświadczenie w transporcie ubrań na Czarny Ląd. Dzięki temu T-shirty mogły trafić do nowych właścicieli.

Współpraca zaowocowała również spotkaniem z ks. Walterem Wokorachem, który ponownie przybył do Polski i tym razem odwiedził także parafię Najświętszego Serca Pana Jezusa w Nakle Śląskim, gdzie 11 września koncelebrował wieczorną Mszę św., na której przeczytał Ewangelię w swoim języku. Późnej spotkał się z parafianami, by podzielić się świadectwem i doświadczeniami życia w Ugandzie.

Koza w cenie

Gość zaczął nietypowo, bo od zachwytu nad celebracją Eucharystii i pieśniami, które „napełniły jego serce pokojem”. Nie ukrywał też, że zazdrości proboszczowi… długiej brody. Pytany o swoje powołanie, ks. Wokorach opowiadał, że jego mama typowała na księdza innego syna, a jemu próbowała wybić ten pomysł z głowy, bo „jest zbyt zwariowany i nie da rady”. On jednak był zdecydowany, a do kapłaństwa przyciągnął go przykład pewnego księdza, z którym od wielu lat był bardzo zżyty i który – jak później odkrył – ochrzcił go.

Święcenia przyjął w 2010 roku, a pierwszą Mszę św. odprawił w dniu swoich urodzin, co – w ferworze prymicji – uświadomiła mu dopiero matka. Niedługo później ów starszy kapłan podupadł na zdrowiu, a ks. Wokorach czuwał przy nim w chorobie i udzielił mu ostatnich sakramentów, co uważa za cud.

Ksiądz z Ugandy wyliczał problemy dzieci i młodzieży w swoim kraju: głód, trudności z dostępem do edukacji i przepełnione szkoły, w których na jednego nauczyciela przypada nawet setka uczniów nieposiadająca nawet kartki czy ołówka, uzależnienia od używek i narkotyków oraz wczesne kontakty seksualne skutkujące nieplanowanymi ciążami. Mówił też o przeciwnościach, z jakimi borykają się kandydaci do kapłaństwa i kandydatki do życia zakonnego.

W przypadku mężczyzn problemem dla ich rodziców i otoczenia okazuje się „marnowanie potencjału”. Z kolei kobiety (które przy zamążpójściu muszą być „wykupione” od rodziny za zwierzęta hodowlane) często są odciągane od powołania zakonnego przez ojców, którzy nie byliby w stanie przeboleć straty… kilku krów i kóz.