Pokazuję mój kraj moimi oczami

Szymon Zmarlicki Szymon Zmarlicki

dodane 05.10.2018 16:40

- Wyobraź sobie ludzi, którzy są uciemiężeni wojną, lecz mimo to z wielką determinacją robią wszystko, by ukończyć edukację i ruszyć w świat. A teraz wyobraź sobie tych samych ludzi w ogromnym kraju, gdzie panuje pokój... - mówi Lilian Nazha, 22-letnia Syryjka, która dzięki jezuitom z Bytomia spędziła pięć miesięcy w Polsce.

Pokazuję mój kraj moimi oczami Lilian chętnie opowiada oglądającym jej wystawę historię każdego zdjęcia Szymon Zmarlicki /Foto Gość

Szymon Zmarlicki: Wkrótce wyruszasz z powrotem do Syrii. Czujesz radość z powrotu do domu czy smutek, że opuszczasz Polskę?

Lilian Nazha: Aktualnie moje odczucia są bardzo pomieszane. Jestem wjednocześnie szczęśliwa, smutna, podekscytowana - wszystko naraz. Cieszę się, że zobaczę znów moją rodzinę i przyjaciół, kościół, dzieci, którymi się zajmowałam, i wszystko, za czym tęsknię. Równocześnie czuję, że opuszczam mój dom. Nawiązałam tutaj wiele relacji, które są niezbędne dla każdego człowieka. Poznałam mnóstwo ludzi, traktuję ich jak rodzinę i przyjaciół, więc czuję się źle z myślą, że muszę ich opuścić. Żyję jednak nadzieją, że będę miała okazję ponownie spotkać ich wszystkich w przyszłym roku. I to ciągle popycha mnie naprzód.

W jednym z wywiadów udzielonych podczas twojego pobytu w Polsce powiedziałaś, że "Syria jest jak piękna kobieta, która cierpi". Co miałaś na myśli, czy mogłabyś to wyjaśnić?

Jest tak, bo zawsze wyobrażamy sobie Syrię jako piękną matkę, której dziećmi jesteśmy. Teraz nasza matka jest zraniona i cierpiąca. Kiedy twoja mama jest chora, wciąż stara się robić wszystko, co w jej mocy, by cię chronić, lecz także potrzebuje ciebie, byś wspierał ją w jej słabości.

Opowiedz, proszę, o swoich fotografiach. Są naprawdę niesamowite, jednak wielu spośród naszych czytelników zapewne nie miało okazji zobaczyć wspaniałej wystawy, jaką przygotowałaś.

Zaczęłam fotografować około dwóch lat temu. Na początku robiłam zdjęcia w mojej okolicy, ale później miałam okazję, by uwiecznić też inne miejsca w Syrii. W tamtym czasie, wykonując fotografie, próbowałam po prostu wyrazić siebie. Na zdjęciach da się zauważyć, kiedy jestem szczęśliwa, kiedy przygnębiona, kiedy pełna nadziei czy desperacji. Tym samym wyrażają one to, jak widzę Syrię.

Kiedy zrobiłam zdjęcie lalki porzuconej na ziemi, czułam, że syryjskim dzieciom wojna odebrała dzieciństwo. Kiedy sfotografowałam modlących się w kościele ludzi, czułam radość, że po tych wszystkich okropieństwach, które przeszliśmy, wciąż wierzymy i staramy się przywrócić nasze życie do takiego stanu, w jakim było wcześniej, a nawet lepszego.

Na wystawie pełnych emocji fotografii pokazuję zarówno tragiczne oblicze syryjskiej wojny, jak i odradzającą się nową rzeczywistość. Niestety, nie mogę powiedzieć, że to już rzeczywistość powojenna, bo wojna wciąż się nie skończyła, ale jest to Syria po swoim najgorszym czasie.

Spotkałaś się w Polsce z reakcjami osób oglądających Twoją wystawę?

Te reakcje są dla mnie bezcenne, bo wszyscy ci ludzie spontanicznie wyrażali swoje poparcie dla Syryjczyków dotkniętych wojną. Każda z osób, które spotykałam, zapewniała, że modli się za nas i chciałaby pomóc w jakikolwiek możliwy sposób. Pokazałam im mój kraj moimi oczami - oczami świadka i uczestnika wydarzeń. Nie jest to relacja z perspektywy osoby, która - jak dziennikarze - przyjeżdża, robi zdjęcia, pisze artykuł, po czym odjeżdża i na tym kończy się jej udział w tych wydarzeniach.

Wspomniałaś, że zamierzasz tu wrócić.

Chciałabym móc dokończyć tutaj studia. Ktoś zapytał mnie, w jaki sposób Polska mogłaby najlepiej pomóc Syrii. Moją pierwszą odpowiedzią był program naukowy dla naszej młodzieży i studentów. Macie znacznie więcej możliwości. Marzę o tym, żeby młodzi Syryjczycy przyjeżdżali do Polski, studiowali, poznawali wielki świat i to, jak wygląda w nim życie, a później dzielili się tymi doświadczeniami w naszym kraju.

Wielu z nich to niezwykle zdolne osoby, ale kiedy kraj jest w stanie wojny, nie wszystkie drogi rozwoju są dla mieszkańców otwarte. Wyobraź sobie ludzi, którzy są uciemiężeni wojną, lecz mimo to z wielką determinacją robią wszystko, co w ich mocy, by być jak najbardziej twórczymi, ukończyć edukację i ruszyć w świat. A teraz wyobraź sobie tych samych ludzi w ogromnym kraju, gdzie panuje pokój, gdzie jest przed nimi mnóstwo drzwi, które mogą otworzyć...


O Lilian

Lilian Nazha urodziła się w 1996 roku. Ukończyła anglistykę na Uniwersytecie Al-Baath w Homs. Jest chrześcijanką. Wojna w Syrii rozpoczęła się, gdy miała 15 lat. Wraz z rodziną uciekła z rodzinnego miasta Homs w pobliże granicy z Libanem. Do zrujnowanego domu powróciła po trzech latach, w maju 2014 roku. Przed wojną w jej dzielnicy mieszkało 10 tys. chrześcijan, po oblężeniu pozostały spośród nich zaledwie 23 osoby. Po wyzwoleniu została wolontariuszką i prowadziła w swoim mieście zajęcia edukacyjne dla dzieci - zarówno muzułmańskich, jak i chrześcijańskich.

Do Polski przyleciała w maju na zaproszenie jezuitów z Bytomia. Odbywała też m.in. praktyki w biurach organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie w Krakowie i Warszawie, w Instytucie Niewidomych w Laskach oraz odwiedziła wiele śląskich parafii i szkół. Podróżując, pokazuje swoją wystawę pt. "Oblicza Syrii - oblicza wojny". Fotografie zniszczonego kraju wykonała m.in. w Homs, Aleppo, Palmyrze i Tartus.

Całą rozmowę przeczytasz w najnowszym numerze "Gościa Gliwickiego" nr 40 na 7 października.