Wysiłek jednoczy z Bogiem i ludźmi

Gość Gliwicki 33/2018

publikacja 16.08.2018 00:00

O Festiwalu Życia, podróży do Santiago de Compostela i otwartości na latanie z wiarą opowiada o. Tomasz Maniura OMI.

Przewodnik NINIWA Team wskazuje na mapie miejsce, do którego udadzą się w tym roku – hiszpańskie sanktuarium św. Jakuba. Przewodnik NINIWA Team wskazuje na mapie miejsce, do którego udadzą się w tym roku – hiszpańskie sanktuarium św. Jakuba.
Szymon Zmarlicki /Foto Gość

Szymon Zmarlicki: Festiwal Życia w Kokotku dostaje od swojego organizatora pozytywną ocenę?

O. Tomasz Maniura OMI: Tak, ponad miesiąc po festiwalu, kiedy kurz już opadł i wszystkie sprawy organizacyjne ucichły, nadal jesteśmy duchowo niesieni tym wydarzeniem. Było bardzo dużo energii, braterstwa i wspólnoty ludzi wierzących, zjednoczonych wokół Jezusa. Cieszyliśmy się świętem życia, które mamy od Boga, i Jego obecnością pośród nas. Otrzymaliśmy wiele błogosławieństwa od biskupów, kapłanów, naszych przełożonych, a także czuliśmy otwartość uczestników. Dzisiaj jesteśmy wdzięczni i dziękujemy za to wszystko, co się wydarzyło. Pierwszy Festiwal Życia w Kokotku zwiastuje kolejne, bo atmosfera jest bardzo dobra, a jednocześnie udało się to ogarnąć od strony organizacyjnej. We wrześniu rozpoczynamy przygotowania do kolejnej edycji, na którą już teraz zapraszamy.

Który dzień był najbardziej udany, jakie momenty zapadły w pamięć jako najważniejsze, a co można jeszcze poprawić?

Myślę, że na to pytanie każdy z uczestników mógłby odpowiedzieć inaczej. Dla niektórych na pewno przełomowym wydarzeniem była spowiedź, nieraz bardzo długa, po wielu latach. Dla innych były to spotkania ze świadkami wiary, jak Robert Friedrich czy Ania Golędzinowska, podczas których człowiek uczy się otwartości i odkrywa prawdę o sobie. Dla kogoś mógł to być nawet koncert, np. Luxtorpedy, który dodawał dużo energii i mocy Ducha. Natomiast najważniejszym punktem każdego dnia zawsze była Eucharystia. Kiedy gromadziliśmy się pod ogromnym namiotem, odczuwaliśmy wielkie święto. W czasie Mszy zbieraliśmy wszystko, co działo się przez cały dzień. To był moment wytchnienia i jednocześnie najbliższej obecności Boga. A co do poprawy? Jedzenie było dobre, pogoda też była dobra… Na pewno trzeba pilnować, żeby nie spocząć na laurach i żeby po pierwszym festiwalu drugi był jeszcze lepszy. A wiemy, że oczekiwania uczestników będą wzrastać… Podobnie jest z wyprawą rowerową – to, że przejechaliśmy 11 wypraw, nie oznacza, że 12. sama się elegancko przejedzie.

Czy po tych wszystkich emocjach związanych z festiwalem uda się Ojcu przestawić na rytm wyprawy rowerowej, czy przyjdzie to dopiero wraz z pierwszymi przejechanymi kilometrami?

Życie pokaże, bo można nastawiać się i planować, ale nie da się do końca przewidzieć, jak będzie. Wyprawę, nawet bardziej niż festiwal, tworzą ludzie, bo tam nie będzie przygotowanych konferencji, programu itd., tylko trzeba jechać. Ale w głębszym sensie w obu przypadkach chodzi o to samo – o spotkanie z Jezusem. I festiwal, i wyprawa są wezwaniem do życia z wiarą, by dać się prowadzić Bogu. Na pewno trzeba będzie podołać wysiłkowi fizycznemu, ale to jest zewnętrzna trudność. Bo jeśli to, co najważniejsze, jest dobrze poukładane w głowie i w sercu, to wtedy ten wysiłek jest do przeskoczenia.

W tym roku uczestnicy nie tylko jadą, ale też idą w intencji młodych przy okazji zbliżającego się synodu biskupów, który będzie im poświęcony. Jakie dostrzega Ojciec, jako oblacki duszpasterz młodzieży, najważniejsze potrzeby ludzi młodych w dzisiejszym świecie?

To, czego młodzi i wszyscy ludzie od zawsze potrzebują, a mają tego dzisiaj znacznie mniej, to akceptacja i przyjęcie ich takimi, jakimi są. Obecnie wielu młodych jest porzuconych przez dorosłych, którzy gonią za pracą i różnymi innymi rzeczami, nie mając na nic czasu. Dorasta pokolenie samotnych. Młodzi są dziećmi ulicy, choć teraz nie jest to fizyczna ulica, lecz jeszcze gorsza – internetowa. Dlatego wyprawa – obojętnie, czy rowerowa, czy piesza, czy jakakolwiek inna – daje młodym poczucie prawdziwej obecności z tymi, którzy w niej uczestniczą. Mogą nawiązać relacje, porozmawiać, przeżywać, wyrazić siebie i poczuć się wartościowymi ludźmi. Może za rok uda się dołączyć wyprawę kajakarską lub w jeszcze innej formie, bo to pociąga kolejnych młodych.

NINIWA Team jest otwarty na pływających albo… latających?

W tym roku przekształciliśmy akcję Together [organizowania innych wypraw w jedności z NINIWA Team – przyp. red.], by w tej samej intencji różne grupy nie tylko jeździły na rowerach, ale także chodziły pieszo, a nawet zgłosiła się jedna wyprawa żeglarska. Jesteśmy otwarci na wyprawy z wiarą, a czy forma będzie jeżdżona, chodzona, pływana czy jakakolwiek inna, to jest już drugorzędne. Wtedy wysiłek przeżywany we wspólnocie jednoczy z Bogiem i ludźmi. Cieszę się, że od tego roku nie nazywamy już wypraw tylko rowerowymi, a w kolejnych latach może znajdą się tacy, którzy potrafią przeżywać wiarę na spadochronach, motolotniach… Na pewno ja nie mam takich zdolności, ale oby znaleźli się tacy ludzie – byle lecieli z wiarą!