Stanisław Michalik, według danych organizatorów, był najstarszym uczestnikiem tegorocznej Gliwickiej Ślubowanej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. Szedł w grupie niebieskiej z parafii Chrystusa Króla w Gliwicach, do której należy. Choć skończył 78 lat, uważa, że wiek w jego przypadku nie grał żadnej roli.
- Na pielgrzymce byłem ze starszą córką Małgorzatą. Moja żona Anna nie mogła nam towarzyszyć ze względu na bardzo trudny okres rekonwalescencji po pięciu niezwykle trudnych operacjach, jakie przebyła w ciągu 40 dni pobytu na OIOM-ie w Szpitalu Miejskim w Gliwicach, a następnie w Szpitalu Klinicznym w Zabrzu. Decydująca o życiu operacja miała miejsce 10 czerwca tego roku - opowiada. - Tak więc nasza pielgrzymka była dziękczynieniem za cudowne uratowanie za sprawą Czarnej Madonny z Montserrat, do której razem z żoną pielgrzymowaliśmy przed laty, stojąc w wielogodzinnej kolejce, aby dotknąć Jej cudownej figurki - wspomina.
Mając w żywej pamięci tamtą pielgrzymkę, gdy uświadomił sobie skalę zagrożenia życia "swojej Ani", po raz kolejny padł na kolana przed kopią tej figurki, błagając o pomoc. - 9 czerwca nie mogłem zasnąć. Byłem pełen wątpliwości, czy aby Czarna Madonna z Montserrat ma podobną "siłę przebicia" do naszej, Jasnogórskiej? Czy zechce dać mi znak? Czy zechce mnie wysłuchać? Nagle przyszła mi do głowy myśl, że przecież teraz pielgrzymuje do Hiszpanii nasz papież Leon XIV, trzeba koniecznie włączyć radio i posłuchać relacji. Sprawozdawca właśnie mówił, że jest na pokładzie samolotu, którym papież udaje się z Madrytu do Barcelony, by konsekrować najwyższą świątynię chrześcijańską Sagrada Familia. I w tej chwili polecił ustawić w centralnej, przedniej części samolotu figurę Czarnej Madonny z Montserrat. Te słowa mnie sparaliżowały. Jeszcze przed chwilą wątpiłem, czy aby Czarna Madonna zechce mnie wysłuchać, teraz wiedziałem, że nie tylko mnie wysłuchała, ale przystępuje do realizacji mojej prośby. Raniutko popędziłem do szpitala w Zabrzu. Po wejściu do sali, gdzie leżała moja żona, zobaczyłem... czyściutko zaścielone, puste łóżko. Ten widok napełnił mnie lękiem, chociaż dalej wierzyłem w opiekę Matki Bożej. Poszedłem do ordynatora i dowiedziałem się, że z żoną było potwornie ciężko. Poziom tlenu we krwi był tak marny, że trzeba było przesunąć operację i dokonać wcześniejszej transfuzji krwi. Usłyszałem: "Ma pan wielkie szczęście, operacja cudem się udała. Pańska żona żyje, ale musi być nadal pod naszą ścisłą obserwacją" - opowiada.
Dlatego szczególną intencją tegorocznej pielgrzymki do Czarnej Madonny z Jasnej Góry było dziękczynienie Jej za orędownictwo, ale także za grupę neokatechumenalną, działającą przy Katedrze Świętych Piotra i Pawła w Gliwicach, która podjęła wspólny szturm modlitewny w intencji żony pana Stanisława. - Wszyscy działali w myśl powiedzenia, że "gdzie sztuki lekarskiej nadzieja się kończy, tam się nadzieja chrześcijan zaczyna". Niech dobry Bóg obdarzy ich najpiękniejszym rodzajem szczęścia wiecznego i doczesnego - życzy wspólnocie.
A jakie są jego wrażenia z tegorocznej, jubileuszowej pielgrzymki? - Mam ich mnóstwo. Szczególnym pięknem charakteryzowała się niezwykle serdeczna wymiana uśmiechów, gestów i spojrzeń pomiędzy pochodem pielgrzymów a osobami nas obserwującymi i witającymi. Byliśmy częstowani pomidorami, owocami, a nawet lodami czy ptasim mleczkiem - opowiada pan Stanisław. Chwaląc logistyczne przygotowanie, żałuje jednak, że po dotarciu na Jasną Górę zrobił się chaos i jemu samemu w wielkim tłumie nie udało się z grupą dotrzeć do Kaplicy Cudownego Obrazu.









