Anna Guzek opowiada o swojej prawie 40-dniowej samotnej pielgrzymce rowerowej do Santiago de Compostela.
Po 38 dniach i 3633 przejechanych kilometrach 4 sierpnia dotarła do Santiago de Compostela. Z Gliwic w samotną pielgrzymkę rowerem wyruszyła 28 czerwca. Zabrała w tę drogę też ważną intencję. Chciała pomóc zebrać pieniądze dla Fundacji NieOdkładalni na zakup specjalistycznego „wytchnieniobusa” do przewozu osób z niepełnosprawnościami. W sumie z wpłat sponsorów deklarowanych za każdy przejechany przez nią kilometr i na zrzutka.pl (gdzie ciągle jeszcze można dokonywać wpłat) udało się zgromadzić około 80 tysięcy zł.
- To była droga pełna cudów, w dosłownym tego słowa znaczeniu - mówi na gorąco z lotniska w Madrycie w oczekiwaniu na samolot do Polski. - Pan Bóg posyłał mi aniołów w ludzkiej postaci. W każdym dniu doświadczałam jakiegoś cudu. Pomimo zmęczenia, bo to była ciężka droga, zwłaszcza przez Pireneje przy ogromnych upałach. Sama jazda nie była dla mnie trudna, ale te upały czasami wymagały ogromnego samozaparcia. Ta droga jest niesamowita. Każdego dnia człowiek doświadcza czegoś nowego, chociaż mogłoby się wydawać, że codziennie jest to samo - wspomina Anna Guzek.
Anna Guzek przy ostatniej muszli z oznaczeniem 0,00 kilometra.
Archiwum prywatne.
Opowiada o spotkanych Koreańczykach, którzy po długim czasie jej samotnej podróży przez dwa dni towarzyszyli jej na szlaku. O Hindusach, z którymi różniła ją wiara, ale łączyła droga, której wszyscy doświadczają tak samo. - Najcenniejsze były spotkania z ludźmi. Niektóre takie na pięć, dziesięć minut, ale niektóre myślę, że będą kontynuowane - podkreśla.
To była też droga duchowa, w głąb siebie. - Każdego dnia widziałam, jak Pan Bóg troszczy się o mnie. W bardzo dosłowny sposób, poprzez sytuacje, różne znaki, wydarzenia po ludzku niemożliwe. To było też umocnienie wiary, powrót do źródła, zobaczenie, że tak naprawdę tylko w Panu jest moc i siła. Myślę, że samą ludzką siłą nie dojechałabym do Santiago de Compostela. Było to możliwe dzięki mocy Bożej i świętego Jakuba, opiekuna pielgrzymów. To była codzienna walka z kilometrami, upałem, podjazdami, a jednocześnie odnowienie sił duchowych - dodaje.
- Na Camino dobrze jest wyruszyć samemu. To taka droga, którą człowiek powinien przejść czy przejechać sam. Doświadczyć bycia z samym sobą, wtedy najwięcej się dokonuje zmian. I ta droga się nie kończy. Tak naprawdę dopiero teraz się rozpoczyna. Skończyła się w sensie fizycznym, ale nie ta wewnętrzna, duchowa. To jest tak jak po rekolekcjach, kiedy ich zakończenie jest dopiero początkiem czegoś nowego. - dzieli się swoimi doświadczeniami.
Po ponad miesiącu samotnej drogi stanęła na placu przed katedrą św. Jakuba. - Tego nie da się opowiedzieć, nigdy nie byłam tak wzruszona. Po prostu emocje nie do opisania. Łzy same mi popłynęły, takie prawdziwe, głębokie. Łzy ogromnej radości - wspomina ten niezwykły moment. A potem na Mszę św., sprawowaną w języku polskim, zaniosła wszystkie powierzone jej intencje, które wiozła ze sobą do grobu św. Jakuba.
Następnego dnia wyruszyła jeszcze do Finisterry, gdzie na liczniku przekroczyła
- Myślę, że dojechałam do celu również dzięki ogromnej modlitwie wielu osób - dodaje. Podkreśla, że przez cały czas czuła to wsparcie. Również ze strony bp. Sławomira Odera, który wspierał ją podczas Festiwalu Życia w Kokotku mówią w krótkim filmiku o tej wyprawie.
Wszyscy, którzy jeszcze chcieliby wesprzeć zakup „wytchnieniobusa”, mogą wpłacić pieniądze na zrzutka.pl: „Z Gliwic do Santiago de Compostela jadę po WytchnienioBusa!”.