Nowy numer 38/2021 Archiwum

Wdzięczność za ocalenie

Epidemie i inne tragiczne wydarzenia od wieków przyciągają ludzi do Boga. O zapoczątkowanych w takich okolicznościach dużych pielgrzymkach do świętych miejsc wiadomo sporo. Za to historie związane z tymi mniej znanymi są równie ciekawe, a wciąż nieodkryte.

Choć największa w historii pandemia, grypy hiszpanki, która według różnych szacunków pochłonęła od kilkudziesięciu do 100 mln ofiar, miała miejsce niewiele ponad 100 lat temu, dopiero wybuch pandemii koronawirusa dobitnie przypomniał ludziom na całym świecie, że zarazy dziesiątkujące społeczeństwa nie są domeną wyłącznie dawnych wieków, a zagrożenie może pojawić się nagle i bez żadnego ostrzeżenia, co więcej – nieporównywalnie łatwiej niż kiedyś osiągając globalny zasięg.

Za zarazę, wojnę, gradobicie

Epidemii nie ustrzegł się również Górny Śląsk, nawiedzany w XIX wieku przez cholerę i tyfus głodowy najczęściej w Europie, czego widocznymi pozostałościami są przydrożne krzyże w wielu miejscowościach regionu. Kolejnym wspomnieniem tych i innych tragicznych wydarzeń są ślubowane pielgrzymki, które do dziś przemierzają śląskie szlaki, przy czym jedne u zarania miały charakter błagalny, inne – dziękczynny lub pokutny. Najstarszą pielgrzymkę, która co roku w pierwszą niedzielę lipca przybywa do sanktuarium w Piekarach Śląskich, ślubowali w 1676 roku mieszkańcy Tarnowskich Gór, którzy udali się wtedy do Matki Bożej, by prosić o ustanie szalejącej epidemii cholery. Już 50 lat wcześniej do Częstochowy wyruszyli gliwiczanie, by dziękować Maryi za cudowne ocalenie miasta przed wojskami duńskimi podczas wojny trzydziestoletniej – i w tym przypadku również jest to najstarsza pielgrzymka udokumentowana w jasnogórskich kronikach. Z kolei wierni z lublinieckich parafii od 1718 roku przychodzą zawsze 2 lipca do sanktuarium w Lubecku po tym, jak rok wcześniej tego dnia miasto nawiedziło potężne, niszczycielskie gradobicie, co zostało odczytane jako kara za grzechy.

Mieszkańcy pamiętają

Sanktuaria w Piekarach Śląskich, Lubecku czy na Jasnej Górze są dziś znanymi ośrodkami kultu religijnego i popularnymi celami wędrówek pątników. Nie można jednak zapominać o istnieniu mniejszych, lokalnych pielgrzymek, których geneza również sięga dawnych epidemii. Parafianie z Drutarni, obecnie dzielnicy Kalet, co roku 16 lipca, w święto Matki Bożej Szkaplerznej – bez względu na dzień tygodnia, pogodę czy niepogodę – wyruszają rano spod kościoła Matki Boskiej Fatimskiej i przemierzają kilka kilometrów do dawnego kościoła parafialnego w Bruśku. To pokłosie zarazy, jaka pod koniec XIX wieku nawiedziła okoliczne tereny. Mieszkańcy postanowili wyruszyć w drogę, by za wstawiennictwem Maryi i św. Jana Chrzciciela, który patronuje świątyni w Bruśku, prosić o ustanie morowego powietrza. Jak podają miejscowe przekazy, po tej pielgrzymce sytuacja epidemiczna się poprawiła, a wierni zaprzysięgli, że zawsze tego dnia, w dowód wdzięczności, będą wracać do Bruśka i uczestniczyć tam w Mszy Świętej. – W samej pielgrzymce chodzi około stu osób, część dojeżdża samochodami. Rok temu również się odbyła, choć ze względu na pandemię mniej uczestników zdecydowało się wziąć w niej udział – mówi ks. Krzysztof Goc, proboszcz parafii w Drutarni. Przekonuje, że parafianie znają genezę tego pątniczego szlaku i pamiętają o obronie przed zarazą, jaka dotknęła ich miejscowość. – Trzeba dziękować Bogu za tamte wydarzenia i prosić, żeby nas to nigdy więcej nie spotkało – dodaje proboszcz i zaznacza, że nie wiąże pielgrzymki z trwającą aktualnie pandemią koronawirusa, jednak widzi Bożą opatrzność w fakcie, iż w ubiegłym roku odprawił w parafii tylko dwa pogrzeby.

Z trąbą na plecach przez granicę

Kiedy dokładnie miała miejsce pierwsza pielgrzymka z Drutarni do Bruśka, nie wiadomo. Podania mówią za to, że aby skuteczniej zwrócić uwagę Boga, wzięła w niej udział orkiestra dęta z Tworoga, zaś zapisy w archiwalnych księgach klasztoru na Górze Świętej Anny wskazują, że taka orkiestra około 1880 roku grała podczas pewnej uroczystości religijnej i odznaczała się „prężnością”. Tworóg kulturowo i obyczajowo nie jest związany z Bruśkiem, bowiem miejscowości te przez stulecia oddzielała granica – najpierw różnych księstw, a po plebiscycie z 1921 r. polsko-niemiecka. Nie przeszkadzało to jednak muzykom, którzy zobowiązali się, że każdego roku będą grać na pielgrzymce. Słowa dotrzymali – i wciąż dotrzymują – do tego stopnia, że po podziale Górnego Śląska przedzierali się przez zieloną granicę z instrumentami na plecach.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama