Nowy numer 48/2020 Archiwum

Na froncie walki z koronawirusem

Doktor Monika Boryń, specjalista chorób wewnętrznych i nefrologii z Katowic, w początkowym okresie pandemii przez trzy miesiące pracowała wśród chorych na COVID-19 w jednoimiennym szpitalu w Raciborzu. Oto jej świadectwo.

Do pracy w szpitalu jednoimiennym w Raciborzu zostałam skierowana na 3 miesiące. Pamiętam, że kiedy wyjeżdżałam w marcu z Katowic, wszędzie leżał śnieg. Gdy wracałam, była już pełnia lata. Jechałam z obawami, nie mając pojęcia, co mnie czeka, bo niewiele wtedy było wiadomo o tej chorobie. Po powrocie ze zdziwieniem odkryłam jakby inną rzeczywistość – życie toczy się normalnie, wszyscy zachowują się swobodnie, znajomi nie mieli kontaktu z nikim chorym. I pomyślałam sobie: czy ja coś przeoczyłam? Nie ma pandemii?

Jeżeli ktoś ma podobne odczucia, to cieszmy się, że ten wirus okazał się w naszym otoczeniu mniej groźny. Ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Miejsca takie jak szpitale jednoimienne są dowodem na to, że to dzieje się naprawdę.

Łóżka pełne cierpienia

Mieszkałam na terenie szpitala, na tyłach bloku operacyjnego, w pokoju, w którym było tylko łóżko, stolik i krzesło. Ograniczałam kontakty z osobami z zewnątrz do minimum, bo wiedziałam, że w każdej chwili mogę być zarażona. Zresztą i tak prawie cały czas byłam w pracy albo odsypiałam nocne dyżury. A pracowaliśmy po 24 godziny, ponieważ było nas zbyt mało w stosunku do potrzeb – po jednym lub dwóch lekarzy na oddział. Kiedy tam przyjechałam, dopiero zaczynało w szybkim tempie przybywać chorych. Otwierano kolejne oddziały, które ku naszemu przerażeniu w kilka dni się zapełniały. Gdy wchodziło się na oddział, gdzie leżało kilkudziesięciu zakażonych chorych, miało się wrażenie, że powietrze jest tam gęste od wirusa jak zupa.

Było nam, lekarzom, ciężko. Zwłaszcza na początku, gdy nie było osocza, brakowało leków, w zasadzie był tylko tlen, a potem respirator, spod którego praktycznie nikt żywy już nie wychodził. Patrzyliśmy nieraz bezradnie, jak stan chorych z dnia na dzień się pogarsza, a my nie potrafimy im pomóc. Umierali zazwyczaj z niedotlenienia, dusząc się i tracąc powoli świadomość. Na naszych oczach.

Ponieważ odwiedziny chorych były niemożliwe, wieczorami do lekarskiej dyżurki dzwonili zapłakani najbliżsi krewni najciężej chorych, którzy już nie byli w stanie odbierać swojego telefonu. I wtedy stawaliśmy się „telepsychologami”, żeby jakoś pomóc tym zrozpaczonym, cierpiącym z powodu bezradności ludziom. Zdarzało się, że przy chorym wybieraliśmy w jego telefonie numer do kogoś z rodziny, żeby mógł usłyszeć głos bliskiej osoby, chwilę porozmawiać. Niejednokrotnie były to ostatnie rozmowy przed śmiercią. Świadome ostatnie pożegnania.

Były też całe zakażone rodziny i wtedy umieszczaliśmy je w jednej sali. To nie zawsze kończyło się dobrze. Córce na rękach umierała mama, mężowi żona… Pamiętam kobietę, której mama zmarła w szpitalu w Tychach, a my musieliśmy jej przekazywać każdego dnia coraz gorsze wieści o ojcu, który leżał u nas. Trudno to opisać. To była praca jakby na poligonie doświadczalnym – w zupełnie innych warunkach niż w „normalnych” szpitalach i w przypadku „normalnych” chorób.

Samotność i odwiedziny Jezusa

Na początku epidemii kapelan naszego szpitala zadzwonił do każdej dyżurki lekarskiej, by o sobie przypomnieć i zostawić swój numer telefonu. To było ważne przede wszystkim dla nas, lekarzy. Ten jego numer i imię zapisane na tablicy w dyżurce przypominały o czymś bardzo istotnym. Wiedzieliśmy, że jest ktoś gotów nam pomóc w wymiarze duchowym.

Pierwsze wezwanie do strefy zakażonej kapłan otrzymał z oddziału, na którym pracowałam. Najpierw musiał się nauczyć zakładania odzieży ochronnej, a potem jej zdejmowania – w jakiej kolejności i jakim ruchem ściągać poszczególne elementy tego stroju. Towarzyszyłam mu, kiedy pierwszy raz przygotowywał się do wejścia do strefy, w której przebywali zakażeni pacjenci. Dla jego bezpieczeństwa i dla dodania mu odwagi. W kolejnych salach zapowiadałam, że przyjdzie ksiądz. I naprawdę było widać, jak zmienia się atmosfera: ludzie byli wzruszeni, przejęci, czekali. Wszyscy, z wyjątkiem jednej osoby, przyjęli sakrament chorych, niektórzy prosili o spowiedź. To było coś wyjątkowego – obserwować, z jaką tęsknotą ci chorzy ludzie czekali na kapłana i z jaką wdzięcznością go przyjmowali. Przyzwyczajamy się do tego, co mamy pod ręką, na co dzień – do obecności kapłana, możliwości przyjmowania Komunii Świętej. A gdy tej posługi zabrakło w sytuacji przerażającej choroby, okazało się, jak bardzo jest potrzebna.

Bilet do nieba

Pamiętam, jak ratowaliśmy umierającego chorego. W zasadzie wiedziałam, że się nie uda. Raczej chodziło o to, aby mu ulżyć w silnej duszności i lęku i dać jeszcze trochę czasu. Natychmiast wezwaliśmy kapłana. Tlen, kroplówki, leki, mierzenie ciśnienia, bieganina – trochę mu to pomogło. Gdy wszedł kapelan, wszyscy odsunęliśmy się od łóżka pacjenta – teraz chory należał do niego. Stojąc za nim, czułam się bardzo mała, bo uświadomiłam sobie, że ja ratuję tylko to życie doczesne, a on wieczne… Kilka godzin późnej ten chory zmarł.

Wielkie było moje zaskoczenie, gdy któregoś poranka ujrzałam na oddziale mojego dobrego znajomego. Starszego człowieka, niewierzącego, który całe życie źle wyrażał się o Kościele, a kiedyś oświadczył, że po śmierci nie życzy sobie Mszy pogrzebowej. Żył, jak chciał, nie najlepiej. A teraz leżał w ciężkim stanie, na granicy przytomności. Nie wiem, na ile świadomie zgodził się wtedy na sakrament chorych i go przyjął. Zmarł dwa dni później spokojny, pogodny. Powiedziałam potem jego wierzącemu synowi, że dostał „bilet do nieba”.

Ludzie chorują – to fakt

Słychać coraz więcej krytycznych opinii i widać objawy buntu przeciw restrykcjom związanym z pandemią. Pewnie sprzyja temu duży odsetek zakażeń bezobjawowych. Nie zmienia to jednak faktu, że zakażenia występują. Nie znamy też jeszcze dalekosiężnych skutków przechorowania COVID-19.

Jeśli ktoś nie wierzy w skalę problemu, to pewnie go nie przekonam. Może i ja bym nie wierzyła, gdybym nie przepracowała kilku miesięcy w szpitalu wypełnionym pacjentami zakażonymi koronawirusem. Ciężko chorych na COVID-19 wśród nas nie ma, bo od razu trafiają do takich miejsc jak ten szpital. Nie widzimy ich na ulicach, w sklepach. Dlatego wydaje się nam, że apele o poddanie się rygorom sanitarnym są przesadzone. Ja widziałam cierpienie chorych na COVID-19 i towarzyszyłam umierającym z powodu tej choroby, dlatego proszę tych, którzy nie wierzą w skalę zagrożenia, aby powstrzymali się przynajmniej od lekceważących komentarzy. Z szacunku dla tych, którzy tę chorobę ciężko przeszli, oraz dla rodzin, które straciły kogoś bliskiego. A tych, którzy są świadomi zagrożenia, proszę: nie zostawiajcie chorujących bez pomocy, nie bójcie się im towarzyszyć.

Po drugiej stronie frontu

W trzecim miesiącu pracy wśród pacjentów zarażonych koronawirusem choroba dotknęła także mnie. O tym, że jestem zarażona, dowiedziałam się w czasie dyżuru. Gdy pojawił się mój dodatni wynik, kazano mi natychmiast odejść od biurka. Pamiętam, że nawet nie dokończyłam zdania w dokumentacji. Mogłam przejść do izolatorium albo zostać na oddziale. Wybrałam oddział, żeby nie opuszczać chorych. Czułam się dobrze, więc nadal wykonywałam proste zabiegi medyczne: podłączałam kroplówki, mierzyłam ciśnienie, roznosiłam posiłki. Wtedy też zobaczyłam, jak bardzo chorzy potrzebują chwili uwagi, rozmowy, tego, aby z nimi po prostu być.

Kiedy wystąpiły u mnie objawy choroby, zostałam przeniesiona na oddział dla zakażonego personelu. Przebieg mojej choroby był nietypowy, bo bardziej neurologiczny. Pamiętam, że w te najgorsze dni było mi wszystko jedno, co dalej będzie się ze mną działo. Chciałam tylko spać. Pan Bóg sprawił, że nie odczuwałam lęku. Może dzięki poczuciu, że robiłam to, co trzeba, byłam tam, gdzie trzeba było być do końca. Że nie stchórzyłam. Chciałam się tym podzielić zwłaszcza z tymi, którzy się boją. Myślę, że wierności swojemu powołaniu towarzyszą potrzebne łaski. W tym czasie po raz kolejny kapelan wyszedł z inicjatywą, tym razem do mnie. Wahałam się, czy go poprosić o sakramenty, bo znam trud poruszania się w stroju ochronnym, znam ryzyko każdego wejścia do strefy zakażonej. A on zapytał, czy chcę, żeby przyszedł. Byłam mu za to bardzo wdzięczna. Dla mnie – pozbawionej sakramentów z powodu epidemii przez dwa miesiące – był to moment wyjątkowy.

Potrzebujemy kapłanów

Na początku epidemii, gdy wprowadzono restrykcje, kapłani z mojej parafii założyli stronę na Facebooku. Wieczorem przed wyjazdem do raciborskiego szpitala napisałam do nich: „My naprawdę Was potrzebujemy – może właśnie teraz, w tych czasach, jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej”. Myślę, że potrzebujemy kapłanów także jako lekarze. Gdy połączymy siły, razem będzie nam łatwiej walczyć o chorych.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama