Nowy numer 44/2020 Archiwum

Ludzie nie są tu inni

O wyciąganiu dzieci z żebractwa na targu rybnym, kwarantannie w ośrodku dla chłopców i miłości życia odnalezionej w Afryce opowiada Magdalena Soboka, świecka misjonarka z diecezji gliwickiej i założycielka Fundacji Dzieci Etiopii „Barkot”.

Szymon Zmarlicki: Jak trafiłaś do Afryki? Celowo nie pytam od razu o Etiopię, bo wcześniej była jeszcze…

Magdalena Soboka: Kenia przez jeden miesiąc. Tam byłam na samym początku. Studiowałam wtedy automatykę i robotykę, ale już wiedziałam, że to nie jest to, co chcę w życiu robić. Czegoś ciągle mi brakowało, ale nie wiedziałam czego. Szukałam i modliłam się, żeby to odkryć. Do Afryki trafiłam przez ruch Świeckich Misjonarzy Kombonianów.

Na spotkanie zaprosiła mnie koleżanka i podchodziłam do tego jak do kolejnego spotkania religijnego, które jest jakoś związane z misjami. Ale na pewno nie sądziłam, że może to dotyczyć mojej przyszłości. Później dużo myślałam o powołaniu misyjnym, zaczęłam czytać, szukać, rozeznawać… Po około roku pojechałam na miesiąc do Kenii na doświadczenie misyjne. Właśnie wtedy po raz pierwszy miałam kontakt z misjami od środka, chociaż tak krótki czas trudno nazwać jakąś wielką misją. Bardziej chodziło o to, żeby zobaczyć, czy to w ogóle jest dla mnie, czy nie. Po powrocie, aż do ukończenia studiów inżynierskich, wciąż o tym myślałam. Praktycznie zaraz po obronie podjęłam decyzję, że chcę wyjechać gdzieś do Afryki. Po rozmowach z naszym międzynarodowym koordynatorem trafiłam do Etiopii.

Co robiłaś na misjach i kiedy poczułaś, że tam jest Twój dom i chcesz zostać na stałe w Etiopii?

To nie był jakiś jeden, konkretny moment. Pierwszy kontrakt ze Świeckimi Misjonarzami Kombonianami trwa dwa lata. Założyłam, że po tym okresie zdecyduję, co dalej. Kiedy już tam wyjechałam, bywało różnie – czasem ciężko, a czasem bardzo przyjemnie, aczkolwiek cały czas czułam, że jestem w miejscu, w którym być powinnam, i że Pan Bóg też tego chce. Na samym początku uczyłam się języka i chodziłam na spotkania dla studentów. Po czterech miesiącach zaczęłam pracę w przedszkolu prowadzonym przez siostry misjonarki Miłości, gdzie uczyłam języka angielskiego zazwyczaj bardzo biedne dzieci. W drugim roku prowadziłam też kurs dla nauczycieli, chciałam przekazać im trochę mojej wiedzy. Poza tym przez cały czas działałam w kościele, gdzie pracowałam z młodzieżą, studentami czy chórami młodzieżowymi. Po dwuletnim okresie chciałam kontynuować misję, zastanawiałam się nad przedłużeniem kontraktu, ale kiedy poznałam miłość swojego życia, zaczęłam myśleć też w innych kategoriach. Kiedy byłam już z moim obecnym mężem, wiedziałam, że tu wrócę. Wówczas nie bałam się zaangażować w większy projekt, bo o zorganizowaniu pomocy dzieciom ulicy myślałam już bardzo długo. Dzięki temu, że poznałam męża właśnie tutaj, było mi łatwiej podjąć decyzję o stworzeniu dla nich ośrodka.

Pojawiły się słowa „miłość” i „mąż”. Dla wielu ludzi w Polsce może wydawać się bardzo dziwne, że młoda kobieta wyjeżdża do głębokiej Afryki – rozumianej dosłownie i w przenośni – a tam poznaje męża i zostaje. Tymczasem w Etiopii jesteście wręcz wzorem dla innych małżeństw.

W Polsce dużo ludzi ma obraz misjonarzy jako osób duchownych czy sióstr zakonnych. Niewiele mówi się o świeckich misjonarzach, a jeśli już, to na myśl przychodzą raczej single. Natomiast ja uważam, że jako małżeństwo możemy być bliżej ludzi. Zdarza się, że małżeństwa wyjeżdżają razem na misje. Ja akurat poznałam męża tutaj, co może właśnie świadczyć o tym, że ludzie w Afryce nie są aż tak bardzo inni. Z moim mężem poznaliśmy się w kościele, gdzie też był zawsze bardzo zaangażowany, więc często współpracowaliśmy przy różnych projektach. Bardzo dobrze się dogadujemy, razem pracujemy…

…i podobno on nie wstydzi się pomagać w domu, jak inni mężczyźni?

(śmiech) Zawsze to robił, bo w jego rodzinie było więcej chłopaków i na szczęście rodzice wychowywali ich w ten sposób, że też gotowali i sprzątali. Jednak rzeczywiście, w wielu tutejszych domach i rodzinach może być z tym duży problem. Zdarza się, że rodzice zabraniają chłopcom robienia „kobiecych” prac w domu, nawet gdy sami się do tego zabiorą. My żyjemy w bardziej nowoczesny sposób. Nie chcę powiedzieć, że po europejsku, ale nie trzymamy się pewnych zasad, które tkwią w kulturze, a bywają błędne. Bo nie uważam, żeby to było w porządku, jeśli kobieta ma w domu robić wszystko sama, a mężczyzna – poza tym, że chodzi do pracy – siedzi w fotelu i ogląda telewizję. Inni ludzie widzą nas i często pytają o różne rzeczy – zwłaszcza we Wspólnocie Życia Chrześcijańskiego, w której działamy, gdzie jest sporo młodych małżeństw oraz osób przymierzających się do małżeństwa.

Jak powstała Twoja fundacja i czym się zajmuje?

Od początku mojego pobytu w Etiopii codziennie spotykałam dzieci ulicy, gdy przejeżdżałam rowerem przez różne bardziej zaludnione miejsca. Było to dla mnie coś nowego, bo w Polsce nigdy nie widziałam czegoś podobnego. Tak jak i innych, te dzieci pytały mnie o drobne, ale nie chciałam dawać im pieniędzy, bo to nie rozwiązuje problemu, a tylko przyzwyczaja je do takiego trybu życia. Czułam, że powinnam im jakoś pomóc, ale nie wiedziałam jak. Długo o tym myślałam, aż w końcu rozeznałam, że we współpracy z Kościołem podejmę się stworzenia ośrodka dla dzieci ulicy. Po dwóch latach na prawie rok wróciłam do Polski i w tym czasie pracowałam nad otwarciem fundacji i zebraniem środków. Po powrocie do Etiopii zaczęłam działać. Naszym celem jest pomoc tym dzieciom w wyjściu z trudnej sytuacji, tak żeby mogły wrócić do swoich rodzin, kontynuować edukację i zapewnić sobie lepsze perspektywy na przyszłość. W ośrodku prowadzimy różne zajęcia – rozrywkowe, rekreacyjne, sportowe, ale też psychologiczne, żeby nauczyć normalnych rzeczy życia codziennego, obowiązków czy ról w społeczeństwie.

Kim są podopieczni ośrodka? Jakie są historie ich życia i w jaki sposób trafili na ulicę?

Najczęstszym powodem jest bieda, dlatego dzieci zaczynają żebrać na ulicy. Zwykle pochodzą z wiosek, gdzie ludzie bez żadnej edukacji i możliwości przyjeżdżają do Auasy, szukając zarobku i lepszej przyszłości. Czasami są to całe rodziny, czasem tylko matka z dziećmi, a niekiedy same dzieci za przyzwoleniem rodziców lub na własną rękę, gdy uciekają z domu. Większość naszych chłopców zatrzymuje się w pobliżu targu rybnego, gdzie przewija się dużo ludzi i można coś wyżebrać. Niektórzy za drobną opłatą patroszą ryby albo pomagają dźwigać zakupy.

Jak obecnie wygląda sytuacja związana z pandemią w Etiopii i w Twoim mieście? Czy wpłynęło to na funkcjonowanie ośrodka?

W całym kraju zakażenie koronawirusem zdiagnozowano u kilkuset osób, kilka z nich zmarło. W samej Auasie nie potwierdzono na razie żadnego przypadku, chociaż w regionie pojawiło się kilku chorych. Jedna z tych osób przebywa w wiosce bardzo blisko nas, a wiemy, że wcześniej przejeżdżała przez nasze miasto i na dwa dni zatrzymała się w hotelu. Podejrzewamy więc, że wirus może być wśród nas. Od kiedy w Etiopii pojawiły się pierwsze przypadki, rząd stara się wprowadzać pewne restrykcje. Z powodu wytycznych władz wiele organizacji pozarządowych zawiesiło swoją działalność. Na początku w ośrodku prowadziliśmy tylko zajęcia otwarte, świetlicowe. Dzieci przychodziły do nas na kilka godzin lub pół dnia i szły dalej na ulice. Obecnie nie moglibyśmy kontynuować tego typu działalności, dlatego przyjęliśmy do nas na stałe 10 chłopaków. Planowałam to już wcześniej, ale chciałam robić to stopniowo, być w kontakcie z rodzinami dzieci i rozeznawać, czyja sytuacja jest najtrudniejsza. W tych okolicznościach nie mieliśmy zbyt wiele czasu, więc stwierdziliśmy, że przyjmujemy tych, których możemy. Wymagało to też szukania dodatkowych źródeł finansowania, żeby szybko zapewnić ośrodkowi niezbędne wyposażenie i dodatkowy personel.

Skąd czerpiecie środki na działalność fundacji, kim są Wasi darczyńcy i jak można Wam pomóc?

Nie mamy żadnych sponsorów ani rządowych dotacji, tak jak inne organizacje. Dużo pomaga nam Kościół. Kiedy przyjeżdżałam do Polski, dostawałam zgodę diecezji na prowadzenie zbiórek w parafiach. Na takich spotkaniach opowiadałam o swojej misji i dzięki temu udało mi się zebrać sporo środków. Poza tym mamy tylko indywidualnych darczyńców, których szukamy przez internet. Staramy się zamieszczać aktualne informacje na naszej stronie internetowej i na Facebooku. Są osoby, które regularnie dokonują wpłat i otrzymują w zamian raporty misyjne, które piszę co trzy miesiące. To daje im dodatkową motywację, żeby stale nas wspierać. Czasami organizujemy też otwarte zbiórki w internecie na konkretny cel, tak jak w przypadku kwarantanny zbieraliśmy na łóżka, materace, sprzęt kuchenny, żywność i zatrudnienie dodatkowego personelu.• szymon.zmarlicki@gosc.pl

Magdalena Soboka

Pochodzi z Bytomia- -Miechowic, ukończyła studia na Politechnice Śląskiej. W grudniu 2015 r. została posłana przez bp. Jana Kopca na misje do Etiopii. Od 2018 r. wraz z mężem Tesfalidetem prowadzi Fundację Dzieci Etiopii „Barkot” w Auasie, mieście oddalonym o ok. 270 km od stolicy kraju Addis Abeby. Więcej szczegółów znajdziesz na: www.barkot.pl i na Facebooku: Fundacja Dzieci Etiopii „Barkot”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama