Nowy numer 24/2021 Archiwum

Ich drogi spotkały się w Wojsce przejdź do galerii

Przez prawie sześć lat trafiło tam blisko 240 chłopców. Z całej Polski, z różnymi historiami życia.

Przy wejściu do ośrodka w holu wisi portret ks. Jerzego Popiełuszki. To dobry patron dla chłopaków, którzy na zło, które ich spotkało, chcą odpowiadać pięściami. Czasem oglądają filmy o życiu ks. Popiełuszki, bohatera nie ich czasów i zdawałoby się nie z ich bajki.

Kiedyś po takim wieczorze filmowym do s. Urszuli Mroczek przyszedł jeden z chłopaków: – Jak oni mogli mu to zrobić – był wyraźnie poruszony. – Nie można powiedzieć, że są niewrażliwi. Po prostu nikt nie próbował w nich tej wrażliwości dostrzec. W ich środowiskach człowiek wrażliwy to słaby. A oni chcą być mocni – mówi siostra. 

Młodzieżowy Ośrodek Socjoterapii w Wojsce prowadzi Zgromadzenie Córek Bożej Miłości. Siostry z tego zgromadzenia opiekują się tutaj chłopcami od 1948 r. Chociaż na początku placówka miała innych charakter, cel był ten sam.

Obok zdjęcia ks. Popiełuszki wisi oprawione w ramkę błogosławieństwo Benedykta XVI, z datą 23 lipca 2011 r. Kilka tygodni później, 1 września ruszyła tu szkoła. Wcześniej chłopcy z ośrodka uczyli się w miejscowej podstawówce. S. Urszula Mroczek, dyrektor ośrodka i szkoły w Wojsce, widzi plusy połączenia ich w jednym miejscu.

– Nauczyciele i wychowawcy współpracują ze sobą, mówią jednym głosem, wyznają te same wartości i tego uczą. To przynosi rezultaty. Poza tym obserwujemy dziecko całą dobę. Przekazujemy sobie informacje o chłopcach. Jeżeli coś się dzieje złego w szkole, to wychowawca nie zostawia tego bez echa – wyjaśnia.

Ich drogi spotkały się w Wojsce   W szkole są małe kilku-, kilkunastoosobowe klasy Mira Fiutak /Foto Gość W ośrodku stale mieszka 50 chłopaków w wieku od 7 do 15 lat. Trafiają tu coraz młodsi, prawie 1/3 tej grupy to uczniowie trzech najmłodszych klas. – To niepokojące, że już tak małe dzieci potrzebują tego typu pomocy – zauważa siostra.

Socjoterapia wpisana jest w program zajęć szkolnych, oprócz tego są zajęcia socjoterapeutyczne w ośrodku. Chłopcy próbują nauczyć się, jak radzić sobie z agresją, panować nad emocjami, jak nawiązywać relacje. – Jak nie działać na zasadzie akcja-reakcja, odreagować swój stres i agresję. A stresu w ich środowiskach nie brakuje – mówi siostra dyrektor.

S. Urszula Mroczek prowadzi ośrodek od 6 lat. Co najbardziej jest potrzebne tym chłopcom? – Poczucie bezpieczeństwa – odpowiada bez namysłu. – Wielu z nich nie ma oparcia, stabilizacji. Nie wiedzą, jak długo będą w danym miejscu. Kiedy będzie kolejna przeprowadzka do następnego ośrodka. Do nas często trafiają już po kilku innych placówkach. Nie mają poczucia, że gdzieś będą na dłużej, czy to w swoim domu, czy nawet w ośrodku. I bardzo potrzebują miłości. Chcą usłyszeć, że coś znaczą – dodaje.

Wspomina 10-latka, który nigdy nie słyszał słowa „pochwała”: – Kiedy go chwaliłam, patrzył na mnie, jakbym mówiła do niego w obcym języku.

Więcej o ośrodku można przeczytać w najbliższym 45. numerze "Gościa Gliwickiego". Tutaj GALERIA ZDJĘĆ

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama