GN 45/2019 Archiwum

Liczę się z dużym zaskoczeniem

Ks. Piotr Lewandowski, misjonarz, mówi o Boliwii, wewnętrznym zmaganiu i potrzebie głoszenia Boga bliskiego człowiekowi.

On wprawdzie był jezuitą, ale to też facet po przejściach, który wiedział, co mówi, bo to przeżył. Tę trójkę na pewno łączy niesamowite doświadczenie więzi z Panem Bogiem i taki sposób mówienia o Nim, który jest mi bliski, łatwy do przyjęcia, choć obiektywnie trudny, bo nie jest prosto znaleźć Boga w cierpieniu tak, jak to zrobił na przykład Jan od Krzyża. Jego ikonę zabieram ze sobą na misje, jak zdjęcie przyjaciela.

Liczy się Ksiądz z trudnościami na miejscu?

Przede wszystkim liczę się z dużym zaskoczeniem, bo nie mam pojęcia, jakich ludzi spotkam. Miesiąc byłem w Hiszpanii, gdzie miałem okazję trochę popracować na parafii, i już wtedy zetknąłem się z innym obliczem Kościoła niż w Polsce. Tam ludzie żyją w zdecydowanie mniejszych wspólnotach, znają się, jak się zadaje jakieś pytanie, odpowiadają z ławki, są bardziej żywiołowi. Nie ma takiego dystansu między księdzem a wiernymi, „przenośnego Bizancjum”, gdzie wchodzimy w pewne formy, w których zastygamy, nie wyglądając poza ich ramy. Moje doświadczenie jest takie, że ludzie, którzy przychodzą do kościoła, też mają wiele do powiedzenia i przeżywają ciekawe rzeczy, mają swoją więź z Panem Bogiem i niejednokrotnie mogą czegoś nas nauczyć, choćby przez sakrament pokuty czy rozmowę.

Jaki jest wikariat, do którego Ksiądz jedzie?

Wszyscy mówią, że to bardzo ładny teren. Ludność jest tam bardzo wymieszana, bo przyjeżdża do Santa Cruz z całej Boliwii ze względu na klimat. Jest w miarę ciepło, nie za wysoko i jest roślinność, której brakuje wysoko w górach. Żyją tam więc miejscowi i górale z wyższych rejonów, którzy podobno są bardzo zamknięci w sobie i trzeba mieć do nich wiele cierpliwości, a oni muszą mieć cierpliwość do misjonarzy. Zresztą Boliwia to nie jest kraj, który nie zna Jezusa; ma już swoich rodzimych księży, ale jest ich wciąż za mało. Misjonarze zaczęli tam przyjeżdżać po dotarciu Kolumba. I choć wiązało się to z podbojem tych ziem, to oni jednak bronili miejscowej ludności. Więc od ponad 500 lat głosi się Ewangelię, która się przyjmuje albo nie. Pamiętam o tym, że jadę tam po to, żeby stać się „boliwijskim człowiekiem”. To nie oni mają stać się Europejczykami, ale to ja mam ich zrozumieć i spróbować pokochać. Bo to nie może być tak, ze przyjeżdża biały pan, ale ktoś, kto ma im powiedzieć o Jezusie. Niezależnie od tego, czy trafię do ludzi z dżungli, Metysów czy Blancos, którzy są potomkami Hiszpanów, to muszę zaakceptować i zrozumieć ich myślenie.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama