Nowy numer 43/2020 Archiwum

Tragedia ’06

„Andrzej, zobacz, co się z tym dachem dzieje” – rzucił Heniek. Andrzej Szaton
 odwrócił się. Z dziury w dachu o średnicy 
około 10 metrów sypało się żelastwo.


Krzyki ludzi... Mnie wmurowało w posadzkę. Myślałem, że znajduję się na jakimś filmie science fiction – wspomina Andrzej Szaton, hodowca gołębi z Piekar. Mija rocznica katastrofy hali Międzynarodowych Targów Katowickich w Chorzowie.


Trzęsienie ziemi?


28 stycznia 2006 r. około godziny 17.15 powoli dobiegały tam końca wielkie targi gołębi pocztowych. Na scenie głośno grała kapela Karpowicz Family. Tylko niektórzy usłyszeli metaliczne trzaski. Pomyśleli, że to ktoś pijany zawadził o stoisko i je wywrócił.

Jedynie siedzące w klatkach gołębie patrzyły wtedy w górę, jakby przeczuwając niebezpieczeństwo lepiej niż ludzie. Widać to na jednym z filmów nagranych przed katastrofą.


Zdzisław Karoń z Częstochowy z wykształcenia jest budowlańcem, a z pasji fotografikiem i hodowcą gołębi. Jego przyjaciel Lutz Primes, szef austriackiego związku hodowców gołębi pocztowych, rzucił wtedy: „Zdzisław, chodź, odwiedzimy kolegę Klemensa z Niemiec”. Na stoisku spotkali Waldemara, pochodzącego z Niemiec Polaka. Zdążyli serdecznie się przywitać.

– I w tym momencie słyszę krzyki, hałas, pisk. Obejrzałem się: to wielkie płyty dachowe spadały jak kostki domina. Nie wiedziałem, co jest tego powodem. Trzęsienie ziemi? Koniec świata? – wspomina.
Tłumaczy, że ludzie z zewnątrz mogli zobaczyć, że to tylko sama hala się zapada.

Ci, którzy byli w środku, w pierwszej chwili niewiele rozumieli. – Rozpierzchliśmy się odruchowo. Lutz Primes rzucił się pod ścianę, a Waldemar i ja w przeciwnych kierunkach. Kiedy uciekałem, podmuch wzbudzony przez spadające płyty rzucił mnie na posadzkę. I tam, rozciągnięty na brzuchu, zostałem przygnieciony – mówi.


Babcia oddaje kurtkę


Niektórzy z hodowców mieli tego dnia jakieś dziwne przeczucia. Należał do nich Piotr Gładki z Tarnowskich Gór, sędzia na wystawie gołębi. Już na początku targów zaniepokoiła go szpara, rozszerzające się pęknięcie, które zauważył przy drzwiach. Pytał o nią organizatorów. Później znalazł dużą śrubę, która spadła gdzieś z góry. Też odniósł ją organizatorom. Ostatniego dnia targów zauważył, że z fragmentu dachu ciurkiem cieknie woda.

– Pomyślałem: „Jasny pieron!”. Stałem już tylko blisko drzwi. W końcu mówię do kolegi: „Darek, wyjdziemy na dwór”. Jeszcze dobrze nie powiedziałem słowa „wyjdziemy”, a to wszystko zaczyna się walić. Ten głos, ten jęk konających ludzi słyszę do dzisiaj... Byliśmy już w drzwiach, jeszcze złapałem Darka za kożuszek i szarpnąłem. Uratowało nas pół kroku, bo to żelastwo nie leciało na zewnątrz, tylko do środka – mówi.


Tymczasem Kazimierz Latawiec z Jeleniej Góry stał na stoisku, na którym Belgowie sprzedawali gołębie. Był ich tłumaczem. Kilka minut przed katastrofą podeszła do nich babcia z małym wnukiem. – Chciała kupić dziecku gołąbka. Ale nam na koniec zostały już tylko drogie gołębie. Mówiła do mnie: „Spuść pan, spuść pan”. Pamiętam ich, bo później usłyszałem, że ona pod tym rumowiskiem się rozbierała i ubierała tego wnuczka. Nie wiem, czy przeżyli – mówi Kazimierz.


Nie przeżyli. Była to pani Lidia z Chorzowa-Batorego i jej wnuk Bartuś. Chłopczyk został znaleziony w kurtce babci.


Tego wieczora było 17 stopni mrozu.


« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama