Nowy numer 43/2020 Archiwum

Słowa dotrzymał

Ojciec Franciszek. Na chwilę zostawili mnie z nim samą. Tak stałam nad nim i mówię: „Tobie się oczy zamknęły, to mnie się teraz otworzą”. Już one mi dadzą popalić…

Jestem Renata. Mam męski głos, bo palę. Wiem, to nietypowe jak na Ruch, ale jestem za stara, żeby teraz rzucać palenie – Renata Manikowska na stałe mieszkająca w Ludwigshafen w Niemczech bez zbędnych wstępów rozpoczyna naszą rozmowę na Skypie.

– Ojca znałam niecały rok. I tak kiedyś żartobliwie powiedziałam, że jak stanęłam na jego drodze, to błyskawicznie dojrzał do nieba. Gdy umarł, to mi się ziemia rozstąpiła pod nogami. Odszedł mój opiekun, ktoś, na kim mogłam polegać, komu mogłam zaufać. Nie znałam wtedy jeszcze Jezusa. Odszedł ktoś, w kim pokładałam całą nadzieję. Brakuje mi go często. Nie jako kapłana, ale tak chciałabym o polityce z nim porozmawiać…

Ojcze, głupi jesteś?!

Renata pochodzi ze Szczecina. Kiedy wraz z mężem trafiła do Niemiec, bardzo brakowało jej Polaków. Znalazła ich w oazowym ośrodku w Carlsbergu.

– Pierwsze wrażenie, jak zobaczyłam ojca, to było: „ale stary”. Był po sześćdziesiątce, a ja wtedy miałam 31 lat.

Małżonkowie mieszkali 26 km od Carlsbergu, nie mieli auta, ale ks. Franciszek Blachnicki, Ojciec, jak mówi o nim Renata, znalazł rozwiązanie: „Jak będziecie chcieli przyjechać, proszę dzwonić, przyślę po was samochód”.

Postanowili wziąć udział w oazie pracy w ośrodku. Ona – ochrzczona, niewierząca. On – nieochrzczony, niewierzący. Do tego dwójka dzieci: córka z pierwszego małżeństwa i syn z drugiego.

– Mój kontakt z Kościołem skończył się na Pierwszej Komunii św. Taty nie miałam, wychowywały mnie mama z babcią. Jako 10-latka oznajmiłam im, że jestem ateistką i przestałam chodzić do kościoła. Nie miałam żadnych autorytetów w życiu. Byłam postrachem nauczycieli. Jak z Niemiec przyjeżdżałam do Polski, a miałam już prawie 40 lat, to bez trudu poznawali mnie na ulicy.

Kiedyś w drukarni Ojciec zlecił Renacie układanie płyt winylowych na szafie. Zrobiła to. Następnego dnia ks. Franciszek zmienił zdanie. „Wie Renata co, ja sobie tak pomyślałem, że te płyty nie będą leżały tu, proszę położyć je w inne miejsce”. A ja na to: „Co ty, Ojcze, głupi jesteś?! Jelenia sobie znalazłeś? Sam sobie układaj”. Ojciec popatrzył i powiedział: „Dobrze, będę układał”. – Ja mówię: „Dobra, ja już to zrobię, idź sobie”. A on dalej, nie odzywa się, układa. A ja zrozpaczona mówię: „Ojcze, no idź. Bo dziewczyny na mnie będą krzyczały. Tobie nie wolno pracować”. – A kto ci to powiedział? – Powiedziały, że ci nie wolno, że jesteś chory, ja już to zrobię. I poszedł.

Mogło być gorzej

W tym czasie w Carlsbergu na stałe przebywała grupa żeńska, ojciec Blachnicki oraz czterech młodych księży. – Z perspektywy czasu zobaczyłam, że Ojciec wychowywał mnie nie dawaniem w łeb, a miłością bezwarunkową. W Carlsbergu wywijałam różne numery, one mnie nie chciały, księży traktowałam jak kumpli – wspomina Renata, dodając, że duży problem miała też z ubiorem. Lubiła krótkie spódniczki, dekolty, odkryte plecy.

– Przychodzi Gizela – ja wieszałam pranie, miałam sukienkę do pół łydki, z gołymi plecami – i mówi: „Ojciec prosi cię do siebie, ale chyba tak nie pójdziesz”. Założyłam sweterek. Przychodzę do Ojca, a na dworze było gorąco. On mówi: „Zimno ci, Renatko?”. A ja: „Nie, Gizela kazała mi się ubrać”. – Dlaczego? – Bo powiedziała, że nieprzyzwoicie wyglądam. Popatrzył i mówi: „Mogło być gorzej”.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama