Nowy numer 37/2021 Archiwum

Nasz mały Watykan

Katedra gliwicka. Być ministrantem to zaszczyt, czasem frajda, ale przede wszystkim solidna szkoła życia. Szczególnie wtedy, gdy rówieśnicy uważają służbę przy ołtarzu za obciach.

Na wszystko jest czas

Służbę za to bardzo sobie ceni Łukasz Lis, jeden z najstarszych ministrantów, który do katedry w Gliwicach przyjeżdża z Zabrza. – Liturgią interesowałem się od najmłodszych lat. Już w zerówce chodziłem do proboszcza i prosiłem, żeby pozwolił mi być ministrantem. Słyszałem wtedy: „Spokojnie, Łukasz, jeszcze jest czas”. To był okres fascynacji, może nie tyle Panem Bogiem, bo jako mały chłopiec niewiele rozumiałem, ile raczej tym, że podejmowało się nowe funkcje – wyjaśnia. Pamięta wrażenia, jak pierwszy raz trzymał patenę, dzwonił dzwonkami, szedł do kadzielnicy. – To trwało może dwa lata, aż w pewnym momencie okazało się, że człowiek zrobił już wszystko. Wtedy przyszedł okres posuchy, ale później odnalazłem głębię tego wszystkiego – wyznaje. W 2008 roku skończył kurs ceremoniarzy, a dwa lata później kurs animatora grup ministranckich w diecezjalnym ośrodku liturgicznej służby ołtarza w Nędzy. – Tam pogłębiłem zainteresowanie liturgią, zacząłem jeszcze więcej czytać. Najpierw zafascynowałem się Panem Bogiem, a później liturgią. Jeśli dochodzę do wniosku, że kocham Pana Jezusa i chcę Mu dać wszystko, co mam najlepszego, staram się też upiększyć samą liturgię – opowiada z pasją. Widać, że dobrze czuje się w roli ceremoniarza. Wie, że czuwa nad całością, ma być odpowiedzialny, a zarazem dyskretny. Także wtedy, gdy wydarzają się nieprzewidziane sytuacje. Kiedyś na przykład w Wielki Piątek zerwała się kołatka i poleciała wprost pod nogi biskupa. A w Wigilię Paschalną co roku były problemy z zapaleniem świec, ktoś wpadł więc na pomysł, żeby nasączyć knoty naftą, i skończyło się... małymi fajerwerkami. – Najbardziej przydaje się znajomość struktury Mszy świętej – to, jak powinno być i jak jest. Teoria nie jest jednak najważniejsza, bo jest po to, żeby dostosować ją do sytuacji parafii i pomagać kapłanom. A sama liturgia jest spotkaniem z Jezusem, dlatego to nie mają być sztuczne reguły prawa, tylko coś, co pozwala ludziom lepiej przeżywać swoją wiarę – tłumaczy.

Zgrani i solidarni

Przy ołtarzu, jak na komendę, wszyscy ministranci poruszają się równo i są we wzajemnych relacjach w stu procentach zgodni. Gdy jednak dłużej się z nimi rozmawia, wychodzi różnica temperamentów, upodobań i zainteresowań. Jedni stawiają na większą, inni na mniejszą swobodę zachowania. Są tacy, którzy wolą pospać i wybierają służbę wieczorem, i tacy, którym wcale nie przeszkadza wstawanie o 5 rano. Tak czy inaczej, żeby być dobrym ministrantem, trzeba przede wszystkim być wiernym i umieć ustalać priorytety. – Dzisiaj propozycji jest bardzo wiele. Sami ministranci zachęcają kolegów do włączenia się w służbę, ale słyszą odpowiedź od nich lub rodziców: nie mamy czasu, bo angielski, francuski, szkoła muzyczna. A nasi ministranci, mimo że regularnie służą w kościele, to potrafią realizować jeszcze inne pasje. Jeśli się chce, można to pogodzić. Służba uczy odpowiedzialności, która przyda się w dorosłym życiu. W zależności od tego, jakie kto wybierze powołanie, będzie podejmował swoje obowiązki, ale może też patrzeć szerzej i zrobić coś więcej dla innych – podkreśla ks. Sebastian Śliwiński. Ostatnio do grona ministrantów katedry przyjętych zostało 7 nowych chłopców. Zgłosiło się też kilku studentów i mężczyzna pod czterdziestkę, który chciał się ponownie zaangażować – Jeśli jest się ministrantem gorliwym, z prawdziwego zdarzenia, to nie przez pięć, siedem lat, ale do końca życia, i po prostu tęskni się za służbą przy ołtarzu Pańskim. Jej przedłużeniem może być później na przykład posługa nadzwyczajnego szafarza Komunii św., który pomaga księżom w jej rozdzielaniu – dopowiada ks. Sebastian Śliwiński.•

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama