• facebook
  • rss
  • Co dalej, Jakubie?

    Mira Fiutak

    |

    Gość Gliwicki 31/2017

    dodane 03.08.2017 00:00

    – Nie wiem, jak to jest, ale gdy człowiek czegoś potrzebuje, znajdzie to na drodze – mówi o Camino Dariusz Brosig. Jego trwało 15 miesięcy, przeszedł dokładnie 9628 km.

    Wyszedł z Zabrza 18 kwietnia 2016 roku, a wrócił 15 lipca roku 2017. Wszystkie daty, miejsca, najważniejsze fakty ma zapisane w kilku notesach. Taki jego dziennik z podróży. Przesyłał je do domu razem z mapami i przewodnikami po zakończeniu kolejnych etapów trasy. Żeby nie nosić, bo pilnował, żeby plecak stale miał 20 kg. – W drodze nie liczy się dat, godzin, dopiero po stawianych w przewodniku pieczątkach orientowałem się, jaki mamy dzień – wspomina Dariusz Brosig. Jego książeczki pielgrzyma z pieczątkami wszystkich odwiedzonych miejsc po rozłożeniu zajmują cały stół. – Pilnowałem ich bardziej niż paszportu, bo to jest kawałek mojego życia. Cenniejsze niż złoto – mówi.
    Na Camino był długodystansowcem. Kiedy opowiadał, jak długo idzie, było kiwanie głową z uznaniem i brawa. – Zawsze mówiłem wtedy, że jestem takim samym pielgrzymem jak oni, tylko jestem dłużej w drodze – dodaje.
    Myślał o tej wyprawie od 5 lat. Zanim przeszedł Europę, poszedł polskimi odcinkami Camino, pokonując prawie tysiąc kilometrów. Jest górnikiem. Po przejściu na emeryturę postanowił pójść do Santiago de Compostela podziękować za bezpieczną pracę. Miał też intencje powierzone mu przez innych; wraz z kilometrami lista wydłużała się, bo dochodziły prośby tych, których spotykał w drodze. – Modlitwa poranna była coraz dłuższa. Ale było to miłe, że ci ludzie zaufali mi i powierzali swoje osobiste sprawy – mówi.


    Osiągnął cel i… poszedł dalej
    Wybrał dłuższą trasę. Nie ograniczał go czas, więc po drodze zwiedzał ciekawe miejsca, muzea, klasztory. Do Santiago pokonał 4300 kilometrów. Planował jak wszyscy, pieszo tylko w jedną stronę, ale – jak sam mówi – plan to jedno, a droga pokazała swoje.
    U grobu św. Jakuba stanął 4 października. Dotarł do ostatniego punktu, jakim jest Muxia oraz Finisterra i… poszedł dalej. – Zawsze marzyłem o Lourdes, więc zacząłem się zastanawiać. Do Santiago szedłem Camino Nord, więc pomyślałem, że teraz pójdę Camino Frances – wspomina. Dwa miesiące później był już we francuskim sanktuarium maryjnym. Stamtąd miał wracać, siostry znalazły mu już połączenia lotnicze z Polską. – Wtedy pomyślałem, że nie byłem na kanonizacji Ojca Świętego, a do Rzymu jest około 1500 kilometrów, to pójdę dalej – mówi.
    W trasie korzystał z translatora albo prosił kogoś, żeby zadzwonił i zapowiedział go w schronisku, gdzie planował nocować następnego dnia. – Bo ja z wszystkich języków znam tylko polski – wyjaśnia. Kiedy nie było noclegu albo był zbyt drogi, szukał zadaszonych przystanków, bezpiecznych polan czy po prostu wnęki w murze. Początkowo jego dzienny budżet wynosił 20–30 euro, w drodze powrotnej już 15–20, na samym końcu maksymalnie 15. – Kiedy kończę etap, to czy mam nocleg, czy nie, najpierw idę do kościoła podziękować za drogę. A potem do informacji – mówi. – Na drodze mam dwie zasady. Dziękuję za to, co dostaję, i za to, czego nie mam. Jak lało i nie miałem dachu nad głową, mówiłem: „Święty Jakubie, dziękuję ci. Wiem, że tak ma być, pielgrzym od czasu do czasu musi zobaczyć, jak wygląda prawdziwe Camino”. A nie tylko wygodne, komfortowe noclegi, bo takie też mi się zdarzały. Wtedy zastanawiałem się, czy położyć się w łóżku czy obok na karimacie, bo przecież to nie są warunki dla pielgrzyma – opowiada.


    Pranie na sznurku, obiad na stole
    Muszelka przyczepiona do plecaka wiele sama załatwia. Szczególnie tam, gdzie Camino jest bardziej popularne. W Niemczech zdarzyło mu się, że ktoś zatrzymał samochód, otworzył bagażnik pełen zakupów i poprosił go, żeby wziął sobie, co potrzebuje. Ktoś inny w deszczowy dzień zaprosił na taras na herbatę, jeszcze inny na nocleg do swojego domu. Czasem jednego dnia miał kilka zaproszeń na kolację. Dla równowagi bywało, że nie miał co jeść, kiedy na przykład były problemy z zakupami.
    – Nie wiem, jak to jest, ale gdy człowiek czegoś bardzo potrzebuje, to znajdzie to na drodze – mówi z przekonaniem. – Kiedyś w straszny upał marzyłem o wodzie i na środku drogi znajduję butelkę wody mineralnej. Zimną, jeszcze oszronioną, oryginalnie zamkniętą. Innym razem schodziłem z gór bardzo głodny, bo przez trzy dni nie miałem pieczywa. Wchodzę do wioski, pierwsze zabudowania, a na drodze rozsypane bułeczki. Świeże, pewnie komuś wypadły. Zaraz zrobiłem kanapki. Kiedy miałem jakiś problem, to zawsze pytałem: „Święty Jakubie, co dalej?”. Czasem odpowiedzią był tani nocleg. Jak u Francuzki, która zwykle wracając z pracy, zabierała do siebie pielgrzymów, a rano, jadąc do niej, odwoziła ich w to samo miejsce. 30 km w jedną stronę. Bo zasadą Camino de Santiago jest, że wyrusza się z punktu, gdzie skończyło się drogę.
    Długodystansowcy spotykają się z wyjątkową gościnnością. W jednym z francuskich schronisk na Drodze św. Jakuba, nazywanych albergue, kiedy powiedział, że idzie aż z Polski, zapadła cisza. A potem właścicielka poprosiła go o wyjęcie wszystkich rzeczy z plecaka. Kiedy wrócił kilka godzin później, jego uprane ubrania suszyły się już na sznurku, a na stole czekał obiad. Potem zawieźli go jeszcze do innej wioski na Mszę w języku polskim. We Włoszech trafił do klasztoru w Ponticeli. Piękna pogoda, zaczął rozkładać się na placu przy ołtarzu polowym. Nagle zerwał się porywisty wiatr. – Wtedy szedłem do Asyżu, więc już zapytałem św. Franciszka, jaki mamy plan na dzisiaj – śmieje się. Za chwilę zobaczył biegnącego w jego kierunku zakonnika. Odpowiedź Franciszka była taka: darmowy pokój gościnny, kolacja i śniadanie oraz długa serdeczna rozmowa.


    Tu autobus – tam Asyż
    O tym, że idzie do Asyżu, zdecydował w Rzymie. Miał już bilet powrotny za ostatnie euro. Zadzwonił do Polski, że wraca. – O, mam tu jeszcze ten bilet – pokazuje. – Rano stanąłem na dworcu i patrzę: tu autobus – tam Asyż. W końcu pomyślałem: będziesz głupi, jeśli tych 300 kilometrów nie pójdziesz. „Nie wiem jak, ale prowadź, Franciszku” – zwróciłem się do świętego.
    Stamtąd szlakiem św. Antoniego skierował się na północ do Padwy. – Do Santiago człowiek szedł jak z nut, bo to przecież wymarzona pielgrzymka, główny cel. Z powrotem już szło się inaczej. Musiałem ciągle wyznaczać sobie kolejny cel, bo bez niego trudniej się idzie, nie ma takiej motywacji – zauważa. Potem było jeszcze sanktuarium w Altötting
    w Bawarii i Rosenheim, gdzie zatrzymał się u ks. Ignacego Zająca, polskiego salezjanina, spotkanego w drodze do Santiago. Zawsze cieszył się, kiedy na trasie usłyszał polski język. Na przykład we włoskiej piekarni, kiedy sam głośno zastanawiał się, jak poprosić o pieczywo. Czy w niemieckim kościele, kiedy usłyszał „Czarną Madonnę”, bo to był polski dzień w tej parafii. W Pfarrkirchen spotkał polskich paulinów z Jasnej Góry, którzy dali mu nocleg i załatwili kolejny w Passau. Ale najbardziej zaskoczyło go, kiedy po polsku zwrócił się do niego Hiroshi, Japończyk, który dwa lata był już w drodze do Santiago. W Polsce spędził 8 miesięcy, bo odwiedzał wszystkie miejsca związane z Chopinem. Po spotkaniu z tym ponad 70-letnim pielgrzymem oprócz wspomnień pozostał też portret, który mu narysował.


    5 par butów i 26 kilogramów
    – Te różne miejsca, spotkania, rozmowy z księżmi czy siostrami zakonnymi – to bardzo pomaga w drodze. Ładuje się akumulatory i cały następny tydzień inaczej się idzie. Kiedy miałem kryzys, byłem chory czy były straszne upały, czasem myślałem: „Na co ci to było?”. Wtedy zwykle za dwa, trzy dni trafiło się jakieś sanktuarium, klasztor, jakaś dobra rozmowa… To mnie budowało, żeby iść dalej. Kiedy miałem kryzys, św. Jakub zawsze mi kogoś dobrego podesłał – wspomina. Najtrudniejszy był moment, kiedy zachorował po ukąszeniu przez kleszcza, które zbiegło się z kontuzją nogi, i nie rozpoznał objawów. Po miesiącu trafił do szpitala. Po krótkim leczeniu poszedł dalej, ale nie czuł się dobrze. W końcu był tak osłabiony, że robił po 5–6 km dziennie. – Jednego dnia resztkami sił dotarłem do schroniska. Kiedy gospodarz mnie zobaczył i dowiedział się, że idąc cały dzień, zrobiłem 5 km, od razu zawiózł mnie na ostry dyżur – wspomina. Tam kroplówka, lekarstwa. Po czterech dniach mógł ruszyć dalej.
    W drodze zdarł cztery pary butów, w piątych doszedł do domu. Kiedy wychodził, ważył 90 kilogramów, po 13miesiącach waga pokazała 64. Co jeszcze zmieniła ta droga, co w sobie odkrył? – Dobre pytanie. Pokonałem różne trudności, wytrzymałem fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. I wiary na pewno jest trochę więcej, bo w takiej drodze trzeba zaufać – wymienia.
    Z pokonywanymi kilometrami uczył się Camino, a właściwie to szlak sam go uczył. – Jak człowiek o czymś ważnym zapomina, to droga przypomni. Spotka się jakichś ludzi albo droga sama coś pokaże – mówi.
    Mijał różnych pielgrzymów.
    – Tych bardziej duchowych, i tych turystycznych. Ale u niektórych z tej drugiej grupy zanim doszli do Santiago, widziałem przemianę. Bo Camino to więcej niż zwykła droga. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół