• facebook
  • rss
  • Pukanie do drzwi…

    Klaudia Cwołek

    |

    Gość Gliwicki 33/2016

    dodane 11.08.2016 00:00

    – Prawdziwi bohaterowie tej drogi to nie my, ale ci, którzy nas przyjęli – mówi Jürgen Boll, młody Niemiec z Bettmaringen.

    Świeżo upieczony absolwent studiów na kierunku budowa maszyn 7 czerwca pieszo wyruszył z rodzinnej miejscowości na Światowe Dni Młodzieży. Po prawie trzech tygodniach dołączył do niego o 10 lat młodszy Pascal Wiegand z Zeutern, który właśnie zdał maturę. Młodzi mężczyźni znają się dzięki siostrze Pascala, z którą Jürgen był na ŚDM w Madrycie i Rio. Wszyscy spotykamy się na rodzinnym zjeździe w Krupskim Młynie, gdzie mieszka polska część rodziny Pascala i jego rodzice chrzestni. Młodzi pielgrzymi spędzają tutaj kilka dni i dzielą się wrażeniami.

    Od św. Jakuba do Krakowa

    Pomysł pieszej wędrówki do Krakowa wyszedł od Jürgena, który w 2014 roku przeszedł Szlakiem św. Jakuba 900 km. Wtedy nabrał przekonania, że chce poszukać trasy, którą pokona w bardziej kameralnym gronie, bardziej pielgrzymkowo, bardziej skupiając się na „wchodzeniu w siebie”. Z dala od całej turystyki, która rozrosła się wokół tego szlaku. Jako cel brał pod uwagę Kraków i Rzym, a Kraków zwyciężył ze względu na Światowe Dni Młodzieży. Ponieważ chciał, żeby to była najprawdziwsza pielgrzymka, zamierzał nawet wyruszyć bez pieniędzy, ale ostatecznie zdecydował, że za jedzenie będzie płacić. Opcją „żebraczą” pozostało więc proszenie o nocleg, co zasadniczo, razem z Pascalem, praktykowali. Z różnym jednak skutkiem.

    Co kraj, to obyczaj

    – W Niemczech nie było problemu ze znalezieniem czegoś, ponieważ znaliśmy język – mówi o poszukiwaniu schronienia Jürgen. Przez ten kraj wiele dni szedł jeszcze sam, zanim rodzice dowieźli Pascala 26 czerwca do Rattenbergu, skąd wyruszyli już razem. Prawdziwe schody zaczęły się jednak w Czechach, gdzie nie umieli się porozumieć. Trafili nie tylko na dużą barierę językową, ale także trudności z wytłumaczeniem celu wędrówki. Pielgrzymka, ŚDM, wiara – to pojęcia, które w laickich Czechach nie są oczywiste. Trudniej też było znaleźć kościoły, w których kierunku zawsze zmierzali. Ale to właśnie w tym kraju, umęczeni brakiem porozumienia, przeżyli największą niespodziankę.

    Jablonné nad Orlicí

    Miejscowość ta leży gdzieś w połowie drogi Jürgena i Pascala przez Czechy. Gdy do niej doszli, właściwie tracili już wiarę, że jeszcze kiedykolwiek będą przyjęci w jakimś domu. I tak, idąc dalej, zobaczyli w ogródku kobietę, którą po czesku poprosili o wodę. A ona zaczęła z nimi rozmawiać po angielsku. To dało im trochę nadziei, że są tu ludzie, którzy ich rozumieją. Później w środku miasta zobaczyli dom, który wydawał im się sympatyczny, więc postanowili spróbować jeszcze raz. Właścicielami okazało się starsze małżeństwo, u którego w odwiedzinach była wnuczka bardzo dobrze mówiąca po angielsku. Ona poszła z nimi do księdza, który ich przenocował oraz zorganizował im nocleg w klasztorze św. Anny następnego dnia. Nabrali nowego ducha i od tego czasu zawsze otrzymywali nocleg pod dachem. – Wcześniej w Czechach, jak nam się parę razy nie udało, stwierdziliśmy, że już nie będziemy nawet szukać i dzwonić, bo to nie ma sensu, bo nie potrafimy się porozumieć, szkoda czasu. I rozkładaliśmy namiot – wspomina Pascal.

    Prawie u celu

    – W Polsce ta sytuacja była kompletnie inna – podkreśla Jürgen. Po pierwsze, Pascal mówił po polsku. Po drugie, zaraz w pierwszym dniu, w pierwszej miejscowości, do której weszli, przy kościele zobaczyli flagi ŚDM. Od razu wiedzieli, że będą serdecznie witani. Tą miejscowością były Ciermięcice, po drugiej stronie czeskiego Krnova. A pierwsza noc w naszym kraju przypadła na Kietrz. W Starym Bieruniu dostali jeszcze flagi ŚDM i od tej pory to już naprawdę niewiele musieli mówić. – Szczególnie w Polsce, kiedy oglądaliśmy mapę, ludzie chętnie wskazywali nam drogę. Czasami byliśmy zapraszani na kawę do ogródków. Podczas ostatniego odcinka, gdy szliśmy nad Wisłą, przejechał obok nas chłopak na rowerze. Potem odwrócił się, zapytał, gdzie idziemy, i odjechał. Po chwili wrócił i przywiózł nam zimną wodę i dwa piwa – wspomina Pascal. W Polsce zaczęło się też robić coraz gęściej od grup młodzieży, które przyjechały na ŚDM, i w ten sposób samotni wędrowcy pomału dołączali do wielkiej wspólnoty pielgrzymów. Na miejsce dotarli 25 lipca, zgodnie z planem.

    Jak to jest, jak się idzie?

    – Było dużo czasu do myślenia, ale także na niemyślenie, tylko podziwianie pięknej przyrody – podkreślają. Po drodze modlili się, ale każdy indywidualnie. – Poddawaliśmy się temu, co dzień przyniesie, co nas spotka. Bez specjalnych planów – mówi Jürgen. Do drogi byli logistycznie dobrze przygotowani, a na trasie starali się nie używać komórek i internetu ponad to, co wydawało się konieczne. – To było bardzo piękne doświadczenie: żyć z dnia na dzień, bez żadnego planu. Dziś jesteśmy tu, jutro tam, po prostu – podkreśla Pascal. – W czasie drogi przybliżyłem się do Boga i dostałem potwierdzenie, że On faktycznie istnieje – wyznaje Jürgen. Uważa, że to było bardzo dobre przygotowanie do ŚDM, w których uczestniczył już piąty raz. A tegoroczne motto „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” okazało się dla nich bardzo ważne, dlatego że podczas pielgrzymki doznawali wiele miłosierdzia. – Prawdziwi bohaterowie tej drogi to nie my, ale ci, którzy nas przyjęli – podkreśla Jürgen. Bo to oni mieli do pokonania większą barierę, ofiarowując zaufanie i przyjmując do siebie dwóch młodych mężczyzn, których wcześniej nie znali. Dotyczy to też wszystkich, którzy przyjmowali gości podczas ŚDM. Dziękując im, Jürgen cytuje przysłowie irlandzkiego pochodzenia: „Nie ma obcych, są tylko przyjaciele, których jeszcze nie spotkaliśmy”.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół