• facebook
  • rss
  • Wigilia w Wigilię

    dodane 17.12.2015 00:00

    O wieczerzy na kilkadziesiąt osób, radości z dawania i nadziei płynącej z Bożego Narodzenia z s. Ewą Połeć i s. Joanną Turos, karmelitankami misjonarkami z domu na Zandce w Zabrzu, rozmawia Klaudia Cwołek

    Klaudia Cwołek: Jak to się stało, że Siostry postanowiły spędzać wigilię z osobami potrzebującymi?

    S. Joanna Turos: Gdy w 2007 roku założyłyśmy nasz dom i świetlicę dla dzieci, z poprzednim księdzem proboszczem Stanisławem Kołodziejem szukaliśmy sposobów pomocy ludziom. Wigilia to nasza wspólna inicjatywa, która zrodziła się z potrzeby tych, którzy żyją wokół nas. A że u nas są warunki, tak to się zaczęło.

    Zwykle takie spotkania organizowane są dzień albo nawet kilka dni przed 24 grudnia. Czy decyzja, że wy zrobicie je u siebie w samą Wigilię była dla Was trudna?

    S. Joanna: Nie, bo doszłyśmy do wniosku, że to bardzo dobry pomysł, żeby przyjąć ludzi właśnie w tym dniu. Jest to dla nich ważne i tym bardziej sobie to cenią. S. Ewa Połeć: Nie wyobrażam sobie, żeby takie wydarzenie było u nas poza dniem Wigilii. To dzień, kiedy ludzie płaczą, gdy są sami.

    Czy z Waszej strony to duża ofiara – zostawić w święta własny klasztorny rytm i zająć się gośćmi?

    S. Joanna: Dla nas jest to radość, a po zakończeniu tego spotkania w naszym małym gronie kilku sióstr też jeszcze dzielimy się opłatkiem i zasiadamy przy wigilijnym stole. A to, że spędzamy wcześniej czas z innymi osobami, tak naprawdę sprawia, że to my wiele korzystamy. Sprawdzają się tu słowa: więcej radości jest w dawaniu aniżeli w braniu. S. Ewa: Poza tym przygotowanie wigilii to nie tylko nasze dzieło, angażuje się w nie także wiele innych osób. Zawsze jest ksiądz proboszcz, który rozpoczyna spotkanie modlitwą. Bardzo to sobie wszyscy cenimy. Co roku przygotowaniami zajmowała się także zaprzyjaźniona rodzina z Zandki. W tym roku, niestety, nie mogą. Poprosiliśmy więc kuchnię Caritas o przygotowanie dań na wieczerzę. Resztą zajmujemy się tym razem my, wraz z Radą Dzielnicy, która też od kilku lat finansowo wspiera to dzieło. Są też wolontariusze. Ich skład się zmienia, ale mocno pomagają i dobrze, bo jest bardzo dużo pracy – wcześniej, w trakcie i po wieczerzy. Razem przygotowujemy także kilkadziesiąt paczek dla uczestników wigilii.

    Siostra Ewa koordynowała budowę waszego domu i świetlicy, ale tak się złożyło, że to siostra Joanna była na pierwszej wigilii. Jakie emocje towarzyszyły wejściu gości?

    S. Joanna: Samo oczekiwanie, ile osób przyjdzie, było wielkim przeżyciem. Towarzyszyła nam niepewność, bo na początku nie miałyśmy żadnego doświadczenia. Nie wiedziałyśmy, jaka będzie atmosfera... Pamiętam nasze miłe zaskoczenie, bo już za pierwszym razem było kilkadziesiąt osób, a klimat wytworzył się wspaniały.

    Czy dzięki tej wigilii zawiązują się jakieś bliższe więzi?

    S. Joanna: Tak, bo wcześniej nie znałyśmy tutaj wielu osób, a teraz, spotykając je na ulicy, rozpoznajemy się i pozdrawiamy. Nieraz słyszałam, że będą cały rok czekać na kolejną wigilię. Życie toczy się różnie tym ludziom, a to wydarzenie trzyma ich w nadziei. S. Ewa: Tego dnia wszyscy jesteśmy rozemocjonowani. Tak się składa, że co roku na wigilii są ci, których – jak potem się okazuje – widzieliśmy ostatni raz. Sporo jest już osób, które w ciągu tych ośmiu lat zmarło. Ale mamy też dużo dzieci z rodzinami. W zeszłym roku przy stole było ponad 60 osób, nie licząc sióstr i wolontariuszy. Są też tacy, którzy nie przychodzą z różnych powodów, ale proszą o paczkę, którą dla nich przygotowujemy.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół