• facebook
  • rss
  • Niby nic, a jednak wiele się zmieni

    dodane 05.11.2015 00:00

    Rozmowa. Z Markiem Czogalikiem, pierwszym diakonem stałym w diecezji gliwickiej, o przygotowaniach do tej posługi i o tym, jak będzie wyglądała w praktyce rozmawia Mira Fiutak

    Mira Fiutak: 7 listopada zostanie Pan pierwszym diakonem stałym w diecezji gliwickiej. Co to zmieni w Pana życiu?

    Marek Czogalik: Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieni, a jednak zmieni się wiele. Dalej będę mężem, ojcem, będę pracował zawodowo. Będę robił w Kościele to, co dotychczas. Zmieni się natomiast umocowanie tego działania. Będę to robił z mocą Bożą i mandatem Kościoła. A jak to konkretnie będzie wyglądało – zobaczymy. Trzeba czekać na to, czego Pan Bóg będzie chciał. To jest oddanie się na służbę Kościołowi – przez wykonywanie pewnych posług i zadań, które zostaną mi zlecone. Ale też przez codzienną wierność modlitwie, do której każdy chrześcijanin jest zobowiązany, a diakon ślubuje dodatkowo codzienną modlitwę brewiarzową za Kościół i z Kościołem. A co więcej? Przypomina mi się taka sytuacja. Kiedyś byłem z Komunią św. u chorych i pewna pani powiedziała: „Nie mogę przyjąć Komunii, ale proszę o błogosławieństwo”. Oczywiście pobłogosławić może każdy, ale ona miała na myśli błogosławieństwo kapłańskie. Chciałem poprosić księdza z innej sali, ale kobieta zrezygnowała. Kiedy ksiądz przychodzi z Komunią do chorych, zawsze ich błogosławi, szafarz tego nie robi, a jak się okazuje – dla ludzi to ważne. Gdybym był wtedy diakonem, mógłbym zareagować inaczej.

    Uroczystość święceń odbędzie się w Pana parafii. Posługa też będzie związana z tym miejscem?

    Myślę, że to, co robię w parafii obecnie, będę robił nadal. Czuję się bardzo związany z Babicami i chciałbym jak najlepiej służyć parafialnej wspólnocie. Jestem gotów do posługi wszędzie tam, gdzie zajdzie jej potrzeba i gdzie zostanę posłany. Oddaję się pod tym względem do dyspozycji księdza biskupa i księdza proboszcza. No i sam też będę szukał miejsc i sytuacji, w których mógłbym być pomocny.

    Kiedy pierwszy raz pomyślał Pan o tym, żeby zostać diakonem stałym?

    Trudno mi wskazać jeden konkretny moment. Zawsze, kiedy czytałem na ten temat, pojawiała się myśl, że to może dla mnie. Ale do takiej decyzji trzeba dorastać. Do tego dochodzi się stopniowo, czasem trzeba walki wewnętrznej, która też daje wzrost, pomaga usłyszeć powołanie.

    Kto miał wpływ na tę decyzję?

    Ważny jest dom, dzieciństwo – dobre, poukładane, za które jestem bardzo wdzięczny obojgu rodzicom. Pamiętam taki obraz, który towarzyszy mi przez całe życie. Kiedy miałem 5–6 lat, mój ojciec na niedzielne Msze św. zabierał mnie na chór. Siedziałem tam obok niego. Któregoś dnia postawił mnie na środku i powiedział: „Od następnej niedzieli będziesz siedział na dole, w pierwszej ławce”. Nie było to dla mnie radosne, bo koło taty było dobrze i bezpiecznie. Zapamiętałem też gest ojcowskiej ręki wyciągniętej w kierunku ołtarza. Dziś mam wrażenie, że był to kierunek dla całego mojego życia. Zostałem ministrantem. A potem do Babic przyszedł ks. Bogdan Kicinger (był duszpasterzem w parafii przez 35 lat – przyp. redakcji), którego zawsze obserwowałem. Patrzyłem, co robi przy ołtarzu, i jak traktuje te czynności. A sprawował liturgię pięknie. I nadal tak ją sprawuje, choć już nie w Babicach. Z namaszczeniem, ale z pokorą i bez przesadnego patosu. Do dziś widzę, jak idzie spokojnym krokiem z konfesjonału do zakrystii, z brewiarzem w ręku. Ubierał się w skupieniu. Potem z namaszczeniem wypowiadał słowa: „Wspomożenie nasze w imieniu Pana” i rozpoczynał sprawowanie liturgii… Na pewno na moją decyzję miały też wpływ żona, dzieci i cała najbliższa rodzina.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół